Zapiski z dziennika Bogdana Łyżwy, uczestnika strajków studenckich na UJ w lutym i listopadzie 1981 r.

 

22 lutego 1981- niedziela
Od poniedziałku do czwartku na strajku okupacyjnym w Collegium Novum. Trzy noce pod rząd pod drugim rzędem ławek w sali wykładowej numer 30. Za mną w stronę okna znajdowały się dwie osoby, przede mną jedna.
Podczas tych nocy przekonałem się, że podłoga bywa wprawdzie twarda, ale można się do tego przyzwyczaić.
Miałem tylko pecha, że ławka znajdowała się naprzeciw drzwi. W nocy często je otwierano i światło z korytarza padało akurat na moją twarz.
Z innych niedogodności wymienię jeszcze chrapiącą sąsiadkę z lewej i przechodzących po ławkach studentów, których widziałem z niezwykłej perspektywy, od podeszew ich butów.
Uroczyste i wiekowe Collegium Novum zmieniło podczas tych dni swój wygląd i charakter.
Aula była wypełniona plecakami i materacami, fotele dziekanów były poprzestawiane. Na fotelu rektora nalepiono portret Piłsudskiego, chyba dla przekory.
W czasie wykładów fotele dziekanów i prodziekanów były zajęte przez studentów. Dziwne zaiste były to wykłady, dziwne audytorium..
Atmosfera tego strajku studenckiego, pierwszego od 1968 roku jest trudna do oddania słowami. Lepiej do tego celu nadawałby się fotografia lub film. Sztuki, które lepiej oddają zachowania ludzi, przestrzeń i ruch.
Dużo było studentów z aparatami fotograficznymi, paru z ręczną kamerą filmową. Czułem się jak aktor biorący udział w dużym spektaklu. Co jakiś czas błyskały flesze lamp.
Pierwsze dni strajku do środy wieczorem przypominały swą luźną atmosferą festyn lub piknik. Wszystko było jasne. Czekamy na porozumienie w Łodzi.

Strajk w Collegium Novum został ogłoszony w poniedziałek, 16 lutego. W radio poinformowano o nim dzień później w południe.
Siedziałem przy stoliku przed salą numer 30. Jedynym moim zajęciem było słuchanie komunikatów. Ta bezczynność nie męczyła mnie.
O czytaniu nie było mowy. W sali przeszkadzały mi głośne rozmowy, na korytarzu komunikaty podawane przez głośnik. Nie było niczego do roboty poza siedzeniem i czekaniem. Napływały informacje o przyłączaniu się kolejnych uczelni do strajku. Przyjmowano to brawami.. Z biura prasowego i prowizorycznej drukarni wyłaniała się co chwila jakaś postać z pękiem ogłoszeń i komentarzy. Przechwytywałem wszystkie. Po przeczytaniu składałem je do kieszeni, gdzie mieściło się moje prywatne archiwum.

Wykłady
Było w nich coś paradoksalnego. Wygłaszali je ludzie, którzy przedtem, do tego miejsca nie zostaliby dopuszczeni. To byli wykładowcy z Towarzystwa Kursów Naukowych: Bohdan Cywiński, Andrzej Drawicz, Leszek Nowak i ksiądz Józef Tischner.. Ich wykłady zostały nagrodzone rzęsistymi oklaskami, choć była w nich przekora wobec władzy, to mimo to były to oklaski nie za stare zasługi lecz za ciekawe wykłady, jasny tok myśli. Te wykłady spowodowały zmianę w moim myśleniu. Zyskałem nowe spojrzenie na historię i politykę.

Udział w tym strajku nie był aktem odwagi, co najwyżej rezygnacją z wygodnictwa i konformizmu. Mimo to rozczarowujący udział zaledwie kilku osób z germanistyki: Jana Tombińskiego, Stanisława Góreckiego, Barbary Syc, mnie i piątej, której nazwiska nie pamiętam. Może były studentki z innych lat, ale ich nie znałem. W sumie tylko 1/4 studentów UJ wzięła udział w strajku. Panowie z PZPR mogą uścisnąć sobie dłonie. Odnieśli sukces. Wytworzyli bierną masę, lojalną wobec władzy lub nie. To wszystko jedno, bo jest to masa niewierząca w jakiekolwiek zmiany. Najlepiej, jak ktoś je spowoduje i nadstawi sam karku. Ci ludzie poczekają na rezultat.

 

 


 

GEORGE’U

Nazywał się Jerzy G. ale wszyscy nazywali go George’u. Poznałem go latem 1985 roku.
Gospodarz w Bieżanowie wymówił mi mój malutki pokoik i musiałem znaleźć nowe lokum.
Jerzy z kolei szukał nowego współlokatora. Umówiłem się z nim przez przyjaciela z germanistyki.

Jerzy wynajmował pokój w kamienicy na ulicy Siemiradzkiego, który był częścią dawnego mieszkania Radziwiłłów. Mieszkali pod Krakowem, przyjeżdżali tu jedynie podczas wizyt w teatrach lub na spotkania towarzyskie.

Pokój był na pierwszym piętrze. Przy dzwonku była kartka z napisem Prorok Eliasz. Zadzwoniłem. Drzwi otworzył mi wysoki mężczyzną z brodą i długimi czarnymi włosami. Rzeczywiście wyglądał na proroka. Miał też semicki wygląd, choć Żydem nie był
Zaprosił mnie do pokoju. Rozmawialiśmy parę godzin pijąc jak w piosence Leszka Długosza herbatę za herbatą.

Jerzy zapytał mnie, czy znam się na psychologii i psychiatrii. Potwierdziłem i dodałem, że czytałem książkę Antoniego Kępińskiego Schizofrenia a z literatury Obłęd Jerzego Krzysztonia. Jerzemu zaświeciły się oczy.
– Wiesz, bo ja piszę pracę magisterskiej na temat tej książki. Dałem jej tytuł Obłęd jako sposób istnienia. Promotorem jest profesor Maciąg.
– I chcesz, żebym ci pomógł w pisaniu pracy?
– Nie. Chcę, żebyś mi pomógł w czymś innym.
– W czym?
– Symuluję schizofrenię i mam wstępne rozpoznanie ze szpitala na Krupniczej, ale psychiatra ze Studenckiej Poradni Zdrowia Psychicznego nie wierzy mi. Chodzi o to, żebyś poszedł ze mną, porozmawiał z nim na osobności i przekonał go, że cierpię na schizofrenię.
– Dobrze.

Zgodziłem się zdając sobie sprawę, jak bardzo to niebezpieczna gra. W razie wpadki Ludowe Wojsko Polskie mogło nas wysłać do jednostki karnej w Orzyszu, gdzie malowalibyśmy trawę na zielono lub myli podłogę szczoteczką do zębów.
Wprowadziłem się do Jerzego we wrześniu i od razu rozpoczęliśmy próby do spektaklu pod tytułem Rozmowa z psychiatrą.

Najpierw ustaliliśmy, co on ma mówić a potem co ja. Odbywaliśmy takie próby przez kilka dni. On stał przede mną, ja siedziałem na krześle. Co prawda nie miało z tyłu nalepki Reżyser, ale nim byłem. Korygowałem go, gdy szarżował. Mówiłem mu: „Jerzy nie wolno ci mówić, że jesteś chory psychicznie. Masz to pośrednio zasugerować przez swój tekst i zachowanie jak aktor ze szkoły Stanisławskiego”.

Potem pracowaliśmy nad moją rolą, bo ona decydowała o sukcesie lub klapie spektaklu.
Wymyśliliśmy historię, że ja mieszkam w pokoju obok i jestem zaniepokojony zachowaniem Jerzego. Uczy się hebrajskiego, uważa się za wcielenie proroka Eliasza. Jest albo bardzo aktywny albo godzinami leży na łóżku patrząc w sufit

W dniu premiery czułem straszną tremę. Poszliśmy do poradni. Wyszedł psychiatra, który nazywał się Andrzej Ładoś. Jerzy nazywał go później doktorem dusznym. Powiedziałem mu, że chcę porozmawiać z nim o Jerzym na osobności. Zaprosił mnie do swojego pokoju.
Słuchał mnie uważnie, potem powiedział:
– Myślałem, że Jerzy symuluje, ale pan przekonał mnie, że on naprawdę choruje na schizofrenię. Ale…
– Ale co?
– Jerzy nie chce się leczyć w półsanatorium i będę musiał wysłać po niego karetkę z Kobierzyna.

Ogarnęło mnie przerażenie. Jak sanitariusze przyjadą, to trudno mi będzie wytłumaczyć, że nie jestem Jerzym G. i upłynie sporo czasu. W międzyczasie lekarze naszpikują mnie psychotropami. Wytłumaczyć jakiemukolwiek psychiatrze, że jest się zdrowym psychicznie, to niemożliwa rzecz.

– Panie doktorze, to ja może przekonam Jerzego do leczenia
– Niech pan spróbuje.
Wróciłem przerażony na Siemiradzkiego. Gdy Jerzy wrócił, powiedziałem mu, żeby zgodził się na leczenie.

W półsanatorium spędził chyba rok. Dostawał psychotropy, które chował pod język a potem wypluwał. Z Siemiradzkiego wziął swój portret namalowany przez znajomą malarkę. Był na nim przedstawiony jako prawosławny święty. Wieczorami palił świeczniki pod swoim portretem. Pielęgniarki zorientowały się gdzieś po tygodniu, że postać na portrecie to on sam.
Dostał większe dawki haloperidolu od tej pory.

W międzyczasie pisał swoją pracę magisterską z moją pomocą. Dostał za nią piątkę.
Walka z wojskiem trwała trzy lata. Co roku musiał stawiać się na komisję lekarską.
W końcu go zwolnili ze służby wojskowej.
Ta cała gra była męcząca i odcisnęła na nim pewne piętno. Zbyt głęboko wszedł w rolę człowieka chorego na schizofrenię.

 

 


 

ZATRZYMANIE. RELACJA Z 13/14 GRUDNIA 1983 ROKU

Zobaczyłem ich za późno. Stali u wylotu Siennej, sprawdzali dokumenty jakiemuś młodemu człowiekowi. Nie mogłem się już ani cofnąć ani skręcić w bok.
– Dowód osobisty poproszę – powiedział jeden z nich. Drugi kazał mi wyciągnąć rzeczy z torby. Przeglądał po kolei książki. Odetchnąłem z ulgą, gdy oddał mi dwie wydane w podziemnym wydawnictwie. Ale struchlałem, gdy zaczął przeglądać książkę o Sumerach. Musiał coś wyczytać z mojej twarzy, bo zaczął książki przeglądać na nowo, tym razem dokładniej.
– Mamy cię – wykrzyknął z triumfem. Pokazał kolegom znalezione trofeum: dwa numery Tygodnika Mazowsze.
– Wezwij wóz – rozkazał drobnemu koledze.
Podeszliśmy pod pomnik Mickiewicza. Milicjanci podzielili się moimi rzeczami w nadziei, że jeszcze coś znajdą.
– Co to jest? – zapytał groźnym tonem ten drobny i podetknął mi pod nos kserokopię z Preparacji hebrajsko-niemieckich do Księgi Rodzaju.. Powiedziałem mu, ale chyba nie zrozumiał słowa „preparacje”.
– Czytaj, kurwa – rozkazał.
– Bereszit – zacząłem. Im Anfang , Na początku – przetłumaczyłem. Bara – schuf – stworzył. Elohim – Gott- Bóg, weet haszamaim et haarec – niebo i ziemię…
Spojrzałem na niego i zobaczyłem w jego oczach zastanowienie, czy mi nie przyłożyć za głupie żarty.
– Co to jest za szyfr? – huknął na mnie.
– To preparacje do czytania Biblii w języku hebrajskim – wyjaśniłem najspokojniej jak umiałem.

Na szczęście te indagacje przerwał przyjazd dużej niebieskiej milicyjnej budy. Niezgrabnie wgramoliłem się po wysokich metalowych schodkach.
– Pomóc ci kopniakiem? – warknął wąsaty sierżant ściągnięty z budki stojącej u wylotu ulicy Świętego Jana.
Za mną wsiadło dwóch milicjantów, byczek z wąsami i ten drobny dociekliwy.
– Skąd to masz? – zapytał groźnie byczek.
– Znalazłem.
Uderzył mnie nie za mocno w twarz, z jednej i drugiej strony.
– Skąd to masz? – powtórzył pytanie.
– Znalazłem na stołówce studenckiej.
Szybko zacząłem obmyślać wersję, której postanowiłem trzymać się do końca.
Wjechaliśmy pod wiadukt na ulicy Lubicz, ciężarówka zwolniła. „Jedziemy do Białego Domku” pomyślałem ucieszony. To było o wiele lepsze niż ulica Mogilska z SB i dużą ilością zomowców.
Milicjanci wprowadzili mnie na komisariat.
– Ile ci za to płacą – zapytał agresywnie sierżant siedzący w dyżurce.
– Nie płacą mi, bo ja się tym nie zajmuję.
– Dobra, dobra.
Na specjalnym formularzu zaczął spisywać moje rzeczy. Rzuciłem okiem. Raczej się wszystko zgadzało. Podpisałem.

Młodzi milicjanci zaprowadzili mnie do dużego pokoju. Zdjęli płaszcze. Byli wyraźnie uradowani. Wybawiłem ich od długich godzin stania na Rynku w zimową noc.
Do pokoju wszedł mężczyzna koło pięćdziesiątki w mundurze, w randze kapitana. Był zaciekawiony moim zatrzymaniem. W ręce trzymał kasetę, którą nagrałem w Piaście na koncercie Przemysława Gintrowskiego. Położył ją na stole i machnął lekceważąco ręką.
– Nie ma tam nic interesującego.
Mnie w tym momencie przypomniał się fragment piosenki, którą śpiewał Gintrowski:
„Gdy tak siedzimy nad bimbrem, ojczyzna nam umiera. Gniją koledzy w więzieniu, wolno się kręci powielacz. Drukujemy ulotki o tym, że jeszcze, żyjemy. Grozi nam za to wyrok dziesięciu lat więzienia”.
– Czyta pan Biblię? – kapitan przerwał moje rozmyślania.
– Tak – zdziwiłem się pytaniem. Po chwili zorientowałem się, dlaczego zadał to pytanie.
Wśród moich rzeczy była kartka z cytatem z Księgi Rodzaju.
– Czyta pan Biblię Tysiąclecia czy też Biblię w tłumaczeniu Wujka? – dopytywał się kapitan. Przy okazji chciał też chyba błysnąć erudycją.
– Czytam w oryginale – odpowiedziałem.
– To może ktoś z rodziny jest TEGO pochodzenia- w jego oczach zobaczyłem złośliwe iskierki.
– Nie, panie kapitanie – odpowiedziałem spokojnie i uprzejmie. Ja jestem czystym Aryjczykiem.
Kapitan żachnął się.
– No dobra, zajmą się panem inteligentniejsi ode mnie. Ja jestem od prostych spraw kryminalnych.
Gdy wyszedł z pokoju, milicjanci poszli w jego ślady. Zaczęli grzebać w moim rzeczach rozłożonych na dużym stole.
Jeden z nich z zasadniczą miną zagłębił się w mój zeszyt z zajęć. Wstał po chwili i podsunął mi zeszyt.
– Czytaj to – pokazał jedno miejsce palcem.
– „Nic partii nie uratuje to chuje” – przeczytałem z rezygnacją.
– Jeszcze raz, przeczytaj jeszcze raz.
– „Nic partii nie uratuje, to chuje”
– Jeszcze raz!
– „Nic partii nie uratuje, to chuje” – czytałem w kółko i instynktownie kuliłem się.
Myślałem , że milicjanci rozgrzewają się w ten sposób do bicia.
Na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Młody milicjant miał widać zacięcie pedagogiczne, bo zapytał tylko:
– Czy to hasło jest takie ładne?
Wolałem nie wchodzić w dyskusję nad treścią hasła i powiedziałem:
– Spisałem je z tramwaju. Było wyskrobane na siedzeniu.
Była to prawda. Milicjant o tym wiedział, bo obok hasła w nawiasach była uwaga” Spisane z tramwaju 22”.

Dalsze pół godziny spędziłem w spokoju w małej celi obok dyżurki. Po północy z celi wyprowadzili mnie dwaj milicjanci i wsadzili do niebieskiej Nyski.
Pojechaliśmy na Podgórze, jak się później zorientowałem do aresztu tymczasowego na ulicę Zamoyskiego.

– Kogo mi tu przywozicie, kurwa – pieklił się sierżant na dyżurce. To ma być karta zatrzymania?

Milicjanci bąknęli coś pod nosem. Chodziło im tylko o to, by się mnie jak najszybciej pozbyć.
Sierżant spojrzał na mnie uważnie. Wziął nóż i odciął sznur ściągający kaptur.
Zeszliśmy na dół, otworzył jedne, potem drugie drzwi. Znalazłem się w zatłoczonej celi. Na drewnianym pomoście spali pokotem mężczyźni. Na cementowej podłodze leżały materace. Na jednym z nich był kawałek wolnego miejsca. Usiadłem. Obok mnie siedział mężczyzna w misiu i powtarzał:
– Ale człowiek głupi, ale człowiek głupi…
Z jego dalszych słów zorientowałem się, że wzięto go pijanego z dworca w Płaszowie.
„Ale człowiek głupi, ale człowiek głupi” powtarzałem tym razem ja w myślach.
Przeklinałem własną głupotę. Pakować się z bibułą na Rynek w środku nocy w drugą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego to był szczyt głupoty.

Wszystkiemu winne był klucze. Zgubiłem je biegnąc do autobusu, gdy jechałem na koncert Gintrowskiego do Piasta. Po koncercie odwiedziłem koleżanki z germanistyki. Od jednej z nich kupiłem Tygodnik Mazowsze, kartki świąteczne Solidarności i dwa egzemplarze książki Moskwa-Pietuszki wydane w nielegalnym wydawnictwie..
Wyszedłem od nich po 23.00. Zdążyłem jeszcze na autobus 173. Gdy autobus ruszył, zorientowałem się, że zgubiłem klucze do willi, gdzie wynajmowałem pokój.
Wysiadłem na następnym przystanku. Wydawało mi się, że to właśnie na nim zgubiłem klucz, gdy szybko biegłem do autobusu. Przypomniał mi się brzęk kluczy upadających na śnieg. Niestety szukanie kluczy na źle oświetlonym śniegu było szukaniem igły w stogu siana.

Z rozkładu jazdy zorientowałem się, że autobus, którym jechałem, był ostatnim autobusem. Został mi tylko nocny tramwaj. Musiałem przejść kawał drogi z Czarnowiejskiej na Bohaterów Stalingradu. Wybrałem najkrótszą drogę – przez Rynek. U wylotu Siennej stali milicjanci i od tego zaczęła się cała historia.

Rozpamiętywałem w myślach okoliczności zatrzymania. Byłem zły na samego siebie. Tak niewiele trzeba było, by nie znaleźć się w tej celi. Wystarczyło wyrzucić bibułę.

W końcu udało mi się zasnąć.

Rano otworzył drzwi sierżant, ten sam co mnie przyjmował na dyżurce. Razem z innym wyszedłem na mały wewnętrzny korytarz oświetlony jaskrawą żarówką. Obok mojej celi była druga. Na końcu korytarza znajdowała się toaleta z drzwiami z żelaznej siatki, zasłonięte blachą w dolnej połowie.

Sierżant rozdzielał śniadanie: razowy chleb posmarowany margaryną i zbożową kawą w metalowym kubku. Z trudem przełknąłem kromkę.

– Jedz, chłopak, jedz. bo nie będziesz miał siły na przesłuchanie – radził mi życzliwie mężczyzna w średnim wieku.
– Nie mogę jeść – odpowiedziałem.
Pokiwał głową ze zrozumieniem.

Wróciliśmy do celi. Panował tam półmrok. U góry za siatką umieszczona była żarówka o małej mocy. Przez małe okienko u góry wpadało niewiele światła. Traciłem poczucie czasu. Nie wiedziałem, która godzina, bo zabrano mi zegarek.

W celi potworzyły się grupki rozmawiających. Rej wodził młody barczysty mężczyzna.
– Za co siedzisz? – zapytał mnie.
– Za ulotki.
– To nie zazdroszczę ci.
– A ty za co?
– Jestem karateką. Dwóch facetów obraziło moją żonę.
– I co?
– I nic. Jeden miał połamane żebra, a drugi rozbitą czaszkę…. A ty dużo miałeś tych ulotek.
– Tylko dwie.
– To się do niczego nie przyznawaj. Powiedz, że znalazłeś. No chyba że w domu znajdą inne.
– Nie znajdą.
– To nie masz się czym przejmować. Pamiętaj tylko, żeby trzymać się jednej wersji.

To była dobra rada, skorzystałem z niej parę godzin później.
Karateka stracił zainteresowanie moją osobą. Mężczyznom siedzącym wokół zaczął opowiadać historię swojego życia. Zaczął ją charakterystycznym wstępem:
„Już od dzieciństwa nie znosiłem tych kurew” Miał na myśli milicjantów.

Jego barwną opowieść pełną zatrzymań, pogoni, utarczek z milicjantami przerwał sierżant, który wywołał go na przesłuchanie.
– Ja to wiem, za co siedzę. A ty to siedzisz za damski chuj. Trzymaj się – poklepał mnie po ramieniu na pożegnanie.

Cela powoli pustoszała. Jej pensjonariusze nie wracali z reguły. Wrócił tylko jeden. Był to mężczyzna w średnim wieku, łysawy, niskiego wzrostu. Był ubrany w garnitur, co w zestawieniu z obskurną celą dawało efekt jak w czarnej komedii angielskiej.
Po powrocie do celi powiedział tylko jedno słowo: Monte. Był po spotkaniu z prokuratorem dostał sankcję prokuratorską: trzymiesięczny areszt w więzieniu na Montelupich.

Po dłuższej chwili milczenia zaczął mówić:
– Kurwa, po co ja wracałem do domu. Zgarnęli mnie przed świętami. Tak to spędziłbym je na wolności.

Zaczął chodzić w tą i z powrotem. Nie był skory do zwierzeń, ale sankcja go tak przygnębiła, że musiał z kimś podzielić się tym ciężarem. Według swego mniemania był oczywiście niewinny. Podawał się za ofiarę zemsty kobiecej.
– Ta pizda oskarżyła mnie, że chciałem ją udusić. Skombinowała zaświadczenie lekarskie. Milicja nie miała innego wyjścia. Musieli mnie zamknąć.
Nie powiedziałem nic. Pokiwałem współczująco głową nad perfidią kobiecą.
Złość opowiadającego wzrastała:
– Raz mnie tak wkurwiła, że wyrzuciłem ją przez okno.
– Otwarte?
– Nie, zamknięte. Wyleciała z szybą, ale nic się jej nie stało.

Słuchałem go leżąc na podeście z drewnianych desek. Byłem coraz bardziej głodny.

Gdy przyniesiono obiad, byłem sam w celi. Obiad był niezły: zupa z dużą porcją kiełbasy. Sierżant otworzył drugą celę. Wyszedł z niej dwudziestoparoletni mężczyzna o twarzy stracha na wróble.

Gdy skończył obiad i sierżant wyszedł, podał mi rękę:
– Jestem Jasiu Napad-Rabunek.
– Bogdan Ulotka – przedstawiłem się i uścisnąłem jego dłoń.
– Jestem z Nowej Huty – zaczął swe opowiadanie Jasiu Napad-Rabunek. Byłem dziś na przesłuchaniu. Stałem oparty rękoma o ścianę. Z boku stał byczek. Po każdej odpowiedzi dostawałem od niego pałką po nerach. Ale do niczego się nie przyznałem. Nie mają żadnych dowodów.

Jasiu nie zdążył dokończyć swojej historii. Sierżant wywołał mnie z celi.

Na korytarzu stał młody człowiek w zielonej kurtce o kroju wojskowym, podobnej do tej jaką miał na sobie Zbigniew Cybulski w filmie Popiół i diament.
– Bogdan Łyżwa? – zapytał i zmierzył mnie uważnym spojrzeniem.
– Tak – odpowiedziałem.

Poszliśmy na górę. Otworzył mały pokój, gdzie stały stół, dwa krzesła i wieszak.
Usiadłem na krześle. Młody człowiek wyjął z torby gruby zeszyt i długopisy.
– Zdejm kurtkę. Nasza rozmowa potrwa długo.
Zdjąłem kurtkę.
– Na dole było zimno – wyjaśniłem.
Byłem całkowicie spokojny. Wiedziałem tylko jedno, że bez względu na cenę nie powiem mu, skąd mam Tygodnik Mazowsze i książki. Byłem przygotowany na wszystko: na bicie, areszt, wyrzucenie ze studiów. Wiedziałem, że nikogo nie zdradzę.

– No więc skąd masz te gazetki, książki, kartki? – zaczął esbek.
Na to pytanie przygotowałem się przez wiele godzin tam na dole w celi. To był ich błąd. Dali mi dużo czasu na obmyślenie wiarygodnej wersji.

Odpowiedź wyrecytowałem jak wyuczoną lekcję:
– Tygodnik Mazowsze znalazłem na stołówce w Piaście. Książki kupiłem na giełdzie na Grzegórzeckiej.
– A kartki świąteczne Solidarności?
– Kupiłem je od pewnego chłopaka.
– Jak to? Jakiś nieznajomy chłopak podszedł do ciebie na ulicy i zaproponował ci ot tak kupienie nielegalnych kartek?
– Ja go znałem z czasów Solidarności. Przychodził tam gdzie ja, to znaczy na Grodzką, gdzie ludzie z NZS-u sprzedawali książki z drugiego obiegu.
Młody człowiek wysłuchał spokojnie mojej bajeczki. Widocznie nie spodziewał się innej.
Moja bajeczka była mocno naciągana, ale jednak prawdopodobna. Miała jedną zaletę. Występowały w niej poza mną same anonimowe osoby. Nieznane ręce zostawiły Tygodnik Mazowsze na stole w stołówce, nieznany osobnik sprzedał mi na giełdzie nielegalne książki. Młody oficer SB z nadzieją uczepił się do znajomego z czasów Solidarności.
– Jak się nazywał?
– Nie wiem. W tamtych czasach ludzie się sobie nie przedstawiali.
– Jak wyglądał?
Podałem mu opis, na podstawie którego musiałby aresztować w Krakowie z połowę studentów.

Pomyślałem sobie wtedy, to jest sposób na przesłuchanie. Wyobrazić sobie coś nieistniejącego dokładnie jak na filmie a potem trzymać się tego. Gdy to opowiadałem, to widziałem te sceny, jakbym je przeżył naprawdę: stołówkę, znajomego z czasów Solidarności, sprzedawcę na giełdzie.

Esbek podważał co chwilę moją relację, ja uparcie się jej trzymałem. W końcu dał spokój.
Zaczął długą przemowę, z której wynikało, że popełniłem straszne przestępstwo za które grozi mi więzienie, wyrzucenie ze studiów.

To była część negatywna, po niej nastąpiła część pozytywna:
– Możemy zapomnieć o tym. Pójdziemy ci na rękę. Ale coś za coś. Przysługa za przysługę.
Słuchałem z uwagą. Tu popełnił błąd taktyczny. Skoro mogą zapomnieć o moim przestępstwie, to widocznie nie jest ono takie straszne.
– Przysługa za przysługę – ciągnął esbek. Puścimy cię, ale w zamian za to będziesz spotykał się ze mną od czasu do czasu. Porozmawiamy o tym i o owym….
Milczałem.
– Co uważasz donoszenie za rzecz niemoralną? Gdybyś wiedział, ile osób pracuje dla nas… Co zrobisz, jak wyleją cię ze studiów? Co zrobisz potem z wilczym biletem? My możemy ci pomóc. Zrobić dyplom, znaleźć dobrą pracę po studiach…
Słuchałem go uważnie nic nie mówiąc. Patrzyłem mu prosto w oczy i starałem się, by moja twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Jego twarz i sylwetka wbiły mi się w pamięć. Był wysokiego wzrostu, miał na sobie wełniany sweter i modne spodnie zwężające się u dołu. Włosy miał czarne, rzadkie, tłuste, cerę niezdrową, nabrzmiałą. Był z kilka lat starszy ode mnie, na oko miał 27-28 lat. Ja 24, byliśmy więc prawie rówieśnikami. Tak naprawdę dzieliła nas przepaść.
– Co? Nie chcesz mówić? Myślisz, że nie potrafię cię do tego zmusić? Mam tu takich od bicia? Nie wierzysz? ….. Myślicie, że z nami wygracie? Całe to podziemie, cała ta Solidarność to szaleństwo. W tych warunkach politycznych z potężnym Związkiem Radzieckim… Zmiażdżymy was czołgami….. Popatrz na ten burdel dookoła, bałagan w urzędach, brud w sklepach. SB to jedyne miejsce, w którym można coś zdziałać…

Pozwalałem mu mówić. Wchodzenie z nim w jakąkolwiek dyskusję nie miało sensu. Ujawnienie moich prawdziwych poglądów dałoby mu tylko atuty do rąk. Obrałem metodę Szwejka czyli jak to się pospolicie mówi, rżnąłem głupa.

Na biurku leżały preparacje hebrajsko-niemieckie, książka o Sumerach i inne o starożytnych cywilizacjach. To stwarzało moją szansę na wykreowanie pewnego wizerunku.

Przerwałem milczenie.
– Ja panu wierzę, że mogę zostać wyrzucony ze studiów, że może pan sprowadzić kogoś, kto mnie zbije. Tylko to nie ma sensu. Ja nie interesuję się polityką, mnie interesują takie rzeczy jak Biblia, historia starożytna. Jestem samotnikiem. Nigdzie nie bywam, z nikim się nie spotykam…
Potem rozpuściłem zasłonę dymną złożoną z zawiłości alfabetu hebrajskiego, ze świata starych świątyń i ruin. Pokornie pogodziłem się z losem wyrzuconego ze studiów.

Zrobił się wieczór.
– No dobrze – powiedział. Będzie jak chcesz. Wyjdź na korytarz, muszę zadzwonić.

Wyszedłem na korytarz. Esbek głośno rozmawiał przez telefon:
– Nie, nie nadaje się. To dziwak.
Odgrywa komedię na mój rachunek – pomyślałem. Zaraz pewnie wezwie zomowców i przepuści mnie przez „ścieżkę zdrowia”. A przesłuchanie zacznie się na nowo.
Wezwał mnie z powrotem do pokoju, oddał zeszyty i książki. Powiedział krótko:
– Idziemy.
Zeszliśmy na dół do dyżurki. Esbek wszedł tam na chwilę.
– Na co czekasz? Idź, jesteś wolny.
Pchnął szklane drzwi.
– Gdzie chcesz jechać?- zapytał.
– Na dworzec. W Białym Domku mam dokumenty i pieniądze.
– To pojedziemy kawałek razem.

Wsiedliśmy do tramwaju. Nie skasowałem biletu, bo go nie miałem. Miałem esbeka koło siebie jako alibi. Koło Jubilata przesiedliśmy się na autobus. On nie wyróżniał się w tłumie. Wyglądał jak student. Ale co miałem robić? Krzyknąć, że to esbek.
Rozmawiałem z nim rozpuszczając dalej zasłonę dymną. Wyjaśniałem mu etymologię hebrajskiego słowa „haadam” – „człowiek”

Wysiadł koło Kleparza.
– Zobaczę, co da się w twojej sprawie zrobić – rzucił na pożegnanie.
Wiedziałem wtedy, że wyrzucenie ze studiów to były strachy na lachy.
Pojechałem na Dworzec Główny, w Białym Domu pokazałem kartę zatrzymania i odebrałem swoje rzeczy.

Podmiejskim pociągiem pojechałem do stacji Bieżanów-Drożdżownia. Kilkanaście metrów od niej była willa, gdzie wynajmowałem pokoik. Zapukałem w okno Anny Szot, współlokatorki wynajmującej pokoik obok
– Zgubiłem klucz – wyjaśniłem jej, gdy otworzyła mi drzwi.
Umyłem się szybko w łazience, wróciłem do pokoiku i szybko zasnąłem w moim łóżku.
Zdążyłem jeszcze tylko pomyśleć, że wolność jest cudowną rzeczą, ale nie za wszelką cenę.

 

 


 

TRZYNASTEGO MAJA 1982 KRAKÓW. RELACJA ŚWIADKA O DEMONSTRACJI NA RYNKU

Zomowcy otaczają dziewczynę w kółku. Odpychają ją tarczami, gdy próbuje uciec.
Dziewczyna bita pałkami pada nieprzytomna na ziemię.

To samo z jakimś chłopakiem zmasakrowanym w ten sam sposób przez pięciu zomowców.

To wszystko relacja dziewczyny, która schroniła się z innymi w jakimś biurze.

Dodała: „Wpadliśmy z innymi, gdy jakaś kobieta zamykała biuro. Niech nas pani wpuści – powiedziałam. Zomowcy pojawili się za chwilę, walili pałkami w drzwi, ale nikt nie zdradził się obecnością żadnym odgłosem.

Leżeliśmy pokotem na ziemi, oni szukali nas reflektorem. Późno w nocy urządzili sobie piknik na Rynku, pijani łazili po Rynku i wrzeszczeli.

Parę dni później zobaczyłam młodego chłopaka, tak na oko miał czternaście, piętnaście lat. Miał podrapaną twarz i rękę w gipsie, ale minę hardą”.

Podobno prezydent miasta zjawił się na Rynku, by przemówić do demonstrantów. Chciał ich namówić do rozejścia się. Nie zdążył, z trudem przedarł się, Zomowcy pobili mu ludzi z obstawy. Podobno wysłał jakieś pismo protestujące do władz.

To dobrze – powiedziałem. Niech się sami pożrą.

Pobito też dużo cywilnych tajniaków. Ktoś, kto miał kontakty ze szpitalem MSW twierdzi, że po demonstracji przywieziono dużo pacjentów. Zomowcy nie robili rozróżnień. Prali kogo popadnie. Tajniacy stawiali się, chcieli się wylegitymować. Zomowcy nie lubią ludzi, którzy się stawiają. Są wtedy bardziej brutalni

– Może urządzić demonstrację tajniacy kontra ZOMO? – powiedziałem.

Potem zdarzyły się przypadki wzywania ludzi na przesłuchanie na podstawie zdjęć robionych podczas demonstracji prze SB.

 

 


 

OPOWIEŚĆ „CZARNEGO”. MAJ 1983

– To jeszcze chodzisz po wolności? – zagadnął mnie „Czarny” spotkany na Alei Mickiewicza.
– Łaskawie nam panująca władza ludowa jeszcze mi na to zezwoliła. Nie wiem, na jak długo.
– Byłeś 3 maja w Hucie?
– Nie. Byłem na mszy na Wawelu.
– Ja byłem, złapali mnie i zawieźli z innymi na komendę na ulicy Siemiradzkiego. Po drodze zjadłem ulotki, które miałem przy sobie. Wjechaliśmy „suką” na wewnętrzny dziedziniec. Z dwóch stron oczekiwał nas szpaler zomowców z pałami. Musieliśmy przebiec między tym szpalerem. Po drodze obrywaliśmy pałami. Gdy dobiegliśmy do drzwi komendy, były zamknięte. Przebiegliśmy w ten sposób tam i z powrotem kilka razy, aż w końcu trafiliśmy na otwarte drzwi. Jeżeli ktoś miał szczęście oberwał kilka razy, inni więcej.
Na przesłuchaniu stawiałem się pytając, czy żyję w praworządnym czy też policyjnym państwie. Bili mnie po nerkach, aż straciłem przytomność.

„Czarnego” poznałem na strajku w listopadzie 1982 roku w Collegium Novum. Często w nocy staliśmy przy bramie pilnując wejścia. Wbrew przydomkowi był to rosły blondyn w typie Jamesa Deana z tą różnicą, że był barczysty.
Obaj uwielbialiśmy książki Marka Hłaski i w czasie długich godzin nocnych przerzucaliśmy się cytatami, które znaliśmy na pamięć.

„Czarny” miał na imię Piotr, nazwiska nie znałem. Wiedziałem jedynie tyle, że studiował nauki polityczne, chyba na pierwszym roku. Na strajku wszyscy znali się głównie z imion, rzadko z nazwiska.
Nie wynikało to z nieufności czy konspiracji, bo nie wiedzieliśmy, że za miesiąc ogłoszony zostanie stan wojenny. To było raczej intuicyjne.

Czarnego spotkałem potem wiele razy. Mieszkał w „Żaczku”. Braliśmy udział w czymś, co można nazwać małym kolportażem książek i ulotek wśród przyjaciół znajomych. Kolportaż na większą skalę zaczął się później.

Strajk listopadowy trwał wiele tygodni i wytworzył po stanie wojennym taką małą sieć konspiracyjną. Dzięki temu strajkowi poznali się studenci z różnych kierunków.

 

 


 

ROZMOWA Z MILICJANTAMI Z 3 MAJA 1986 ROKU

Pierwszy milicjant: Dowodzik osobisty poproszę.
Ja: Proszę bardzo.
Pierwszy milicjant ( kartkując mój dowód) Rakuś 70…. Gdzie to jest?
Ja: To nieaktualny adres. (Wziąłem dowód z jego ręki i otworzyłem na właściwej stronie).
Pierwszy milicjant: Aha, Osiedle Piastów czyli Nowa Huta. Jak tam było pierwszego w Arce?
Ja (odpowiadając zgodnie z prawdą): Nie byłem w Arce pierwszego maja.
Pierwszy milicjant: A tam! Student?
Ja: Tak, student.
Drugi milicjant : Studenci ostatnio szumią…
Ja: Wie pan, studenci to takie ogólne pojęcie…
Pierwszy milicjant: Milicja też. I mówi się o milicji to i owo.
Ja: Ma pan niewątpliwie rację.
Drugi milicjant: Gdzie pan studiuje?
Ja: Na Papieskiej Akademii Teologicznej.
Pierwszy milicjant: To jest coś takiego?
Ja: Jest.
Pierwszy milicjant: A gdzie się mieści?
Ja: Przy klasztorze Świętej Katarzyny na Augustiańskiej.
Pierwszy milicjant: To wasz kardynał odprawia mszę na Wawelu?
Ja: Tak? Nie wiedziałem.
Drugi milicjant: Pan się wybierał na mszę?
Ja: Nie, byłem już na mszy wcześniej.
Pierwszy milicjant: Coś pan tu kręci. (Długo wertuje w moim dowodzie a potem spisuje moje dane). Właściwie należałoby pana zatrzymać.
Ja (Nie zadaję pytania, za co)
Pierwszy milicjant: Ale puścimy pana wolno, jak pan powie, co pan tu robił.
Ja: Rozglądałem się.
Pierwszy milicjant: Aha, obserwator.
Drugi milicjant: Tym razem pana puszczamy, ale proszę uważać, bo następnym razem…
Ja: Rozumiem. Do widzenia panom.
Milicjanci: Do widzenia.

 

 


 

14 grudnia 1981 (po 14.00)

W niedzielę rano, około wpół do dziesiątej, gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem ojca stojącego nad moim łóżkiem.
– Wprowadzono stan wojenny – powiedział.
Leżałem przez chwilę bez ruchu.
– Aresztowano przywódców Solidarności – dodał.
Znaczenie tych słów nie dochodziło do mnie. Istotną cechą wszystkich nagłych zdarzeń jest chyba to, że ich znaczenie dochodzi do nas z pewnym opóźnieniem. Stan Wojenny! Co to znaczy? Koniec Solidarności i koniec nadziei?

Włączyłem radio. Żadnych wiadomości, sama muzyka poważna. Mszy nadawanej zwykle o tej porze nie było. Poszedłem do kościoła. W masie ludzkiej czuć było napięcie. Wszyscy słuchali chciwie słów księdza.. Nie padło jednak żadne słowo na temat obecnej sytuacji. Tylko po odczytaniu listu biskupów z Konferencji Episkopatu z końca listopada ksiądz zaintonował Święty Boże w intencji Ojczyzny. Na koniec mszy wszyscy śpiewali Boże coś Polskę. Niektórzy ocierali łzy.

Około 13.00 słucham w radiu przemówienia Jaruzelskiego pełnego pseudopatriotycznej, frazeologii. Ojczyzna na skraju przepaści itp., itd. Jaruzelski odgrywa rolę zbawcy Ojczyzny a jest tylko kolejnym zdrajcą narodu. Nagrywam przemówienie na magnetofon. Do ojca mówię:
– Chcę utrwalić koniec komuny.

Ojciec komentuje przemówienie: Stan wojenny? Komu wypowiedziano tę wojnę? Społeczeństwu?

Ja: Co za dureń! Na co on liczy? Przecież teraz gospodarka załamie się ostatecznie. Zachód pokaże nam figę. Jaruzelski sprzedał nas Moskwie.

Czułem wściekłość i bezradność zarazem. Całkowite zaskoczenie. Nie wiedziałem, co z sobą robić. Trudno w takich chwilach usiedzieć na miejscu. Kręciłem gałką radia szukując Wolnej Europy. Ale tam niewiele wiedzieli. Łączność z krajem zerwana. Mijała godzina za godziną, od wiadomości nadawnych w Wolnej Europie do wiadomości nadawanych w BBC.

Ogarnęło mnie zniechęcenia. Czyżby wszystko przegrane?

Pod wieczór czytam Archipelag Gułag. Dziwne zestawienie. Analiza systemu przemocy i łgarstwa czytana w momencie, gdy system ten przystępuje do kontrataku.

Późną nocą udaje mi się wreszcie dobrze ustawić odbiór Wolnej Europy. Przez parę godzin słucham na przemian pierwszych komentarzy i skąpych wiadomości:

W Warszawie milicja splądrowała siedzibę Solidarności.

W komentarzach znajduję pewną pociechę. Nieważne są przegrane potyczki, ważne są wygrane wojny.

 

 


 

KRAKÓW 3 MAJA 1981 ROKU. SPOTKANIE Z ROMANEM POLAŃSKIM W KLUBIE POD JASZCZURAMI

Szewska udekorowana czerwonymi i biało-czerwonymi flagami. W klapach przechodzących ludzi wpięty orzeł z koroną i napisem 3 maja.
Koło ratusza coś w rodzaju sceny. Wśród dekoracji charakterystyczny napis: TARGOWICA NIE PRZEJDZIE – LECH WAŁĘSA.

Klub SZSP „Pod Jaszczurami”. Kręci się tam dużo młodych ludzi. Przyciągnął ich duży napis „Roman Polański w Jaszczurach 3 maja godzina 15.00″.
Szklane drzwi okupuje pokaźna gromadka. Przepycham się do środka. Staję w pobliżu dobrze zbudowanych typków. Gdy nadchodzi czas szturmu, moje skrzydło zwycięsko napiera na drzwi. Niesiony falą ludzką, jakaś dziewczyna krzyczy „Niedobrze mi” Ja bez szwanku przemykam się przez drzwi. Wnętrze przyciemnione przez potężne zasłony. Naprzeciw wejścia ekran, na którym wyświetlany jest film „Dwaj ludzie z szafą”.
Charakterystyczna muzyka Krzysztofa Komedy oddającą doskonale atmosferę lat sześćdziesiątych brzmi melancholijnie w zestawieniu z wiosną 1981 roku. Jest w niej melancholia przemijania, budzi niejasne skojarzenia, tęsknoty, choć przecież to nie muzyka z moich lat młodości. Jest to muzyka-wspomnienie dawnej epoki. Lata sześćdziesiąte: Krzysztof Komeda, Wojciech Frykowski, Bogumił Kobiela, Zbigniew Cybulski. Kto z nich pozostał? Wszyscy z nich nie żyją.

Nikt nie zwraca uwagi na film. Wszyscy biegną, by zająć odpowiednie miejsce. Na twarzach oczekiwanie: „Zaraz zobaczę kogoś o światowej sławie”.
Ja patrzę z kąta na ekran i wsłuchuję się w muzykę. Zjawia się niski mężczyzna z długimi włosami. Opadają go mężczyźni z telewizji krakowskiej. Publiczność niecierpliwi się. Polański mówi: „Przepraszam panów, może później”. Ale jeden z nich, grubas nalega, podchodzi do mikrofonu i pyta z głupia frant: „Nad czym pan ostatnio pracuje”. Polański zirytowany odpowiada: „Poczytaj pan se gazety”. Publiczność wybucha gromkim śmiechem. Grubas i jego koledzy z telewizji zmywają się jak niepyszni.

Zaczynają padać pytania ze strony publiczności. Pytania różne, czasami prowokacyjne, czasami impertynenckie. Na przykład: „Co pan sądzi o komunizmie?” lub „Panie Polański (wypowiedziane charakterystycznym akcentem żydowskim), Jak wiadomo, jest pan pochodzenia, semickiego. Co pan sądzi o działalności towarzystwa patriotycznego „Grunwald”?”.

Polański milczy po tym pytaniu. Wcześniej mówi zirytowany „Chcecie zabawić się moim kosztem i powygłupiać się jak dwunastoletni chłopcy, ale ja na to nie pozwolę. Nie pytajcie mnie o politykę. To brudna rzecz. Jeżeli chcecie usłyszeć ode mnie coś ciekawego, to pytajcie o film, sztukę, filozofię. Wiem, że żyjecie tymi problemami, jesteście rozgorączkowani. Ja jestem człowiekiem z zewnątrz. Od dwudziestu lat nie mieszkam w tym kraju i patrzę na te sprawy inaczej. To są sprawy, które przemijają. Są sprawy istotniejsze: uczucia, miłość. Sprawy, które obchodziły ludzi pięćset lat temu i będą obchodzić teraz”.

Słucham Polańskiego i jakoś nie może dojść do mojej świadomości fakt, że mówi to ten sam człowiek, którego żonę zamordowała grupa Mansona. Nie potrafię połączyć tego człowieka z tym tragicznym wydarzeniem. Nawet wtedy, gdy Polański mówi z trudem dobywając słowa: „W 1969 roku… w tym tragicznym roku, gdy zamordowano moją żonę” wydaje mi się człowiekiem, który recytuje kwestię z filmu, tak jakby ta wypowiedzieć miała się tak do jego osoby jak słowa postaci odgrywanej przez aktora nie mające z nic wspólnego poza próbą wczucia.

Padają inne pytania:

– Czy chciałby pan nakręcić film o Polsce?

– Tak, ale was zawiodę. Byłby to film o Drugiej Wojnie Światowej, a właściwie o pierwszych dniach po wojnie, Dobrze pamiętam ten okres, tę atmosferę. Wracali ludzie z różnych stron kraju, z zagranicy. Niepowtarzalna atmosfera.

W pewnych pytaniach powtarza się zarzut o słabe związki z Polską, o celowe podkreślenie małej znajomości polskich filmów i książek.

Polański obrusza się:
– Dlaczego mam to robić? Przecież w literaturze angielskiej, francuskiej, malarstwie dzieją się o wiele ciekawsze rzeczy.
– A w Polsce nie? – protestuje dziewczyna zadająca to pytanie
– Też, ale tamte rzeczy są ciekawsze. Gdyby były to rzeczy naprawdę dobre, przebiłyby się. Dlaczego o nich na świecie nikt nie mówi? Może są źle rozpowszechniane? No dobrze, ale dlaczegóż miałbym zająć się sztuką Bangladeszu? Też niewiele o niej słychać”.
„Dobrze mówi – pada czyjaś uwaga.
Następuje wybuch śmiechu. Polański ciągnie dalej: Jeśli te polskie rzeczy są tak dobre, to niech mi pani o nich opowie, o tych wspaniałych książkach i filmach poza tymi, które już widziałem… Wajda, Zanussi.

Cisza ze strony pytającej a po chwili.
– Jeżeli to pana nie obchodzi, to dlaczego się pan irytuje?
– Bo w pani pytaniach jest zarzut. Może się wam nie podobać, że jestem jaki jestem, ale nie zmienicie mnie. Robię filmy po to, by ludzi zabawić i wzruszyć. Odpowiada mi kino barokowe, plastyczne. Chcę, żeby widzowie się odprężyli, wzruszyli a przy okazji zapamiętali moje nazwisko. Tak…. Najważniejsza w kinie jest możliwość wzruszenia, poezja dobrze oddana. Czy skandale związane z moją osobą pomogły mi? Nie. Po śmierci żony, gdy byłem ciągle na pierwszych stronach gazet, to mimo tego „Makbet” był zupełną klapą podobnie jak „Lokator” we Francji. Najlepsza reklama nie pomoże, gdy towar jest zły. Może wprawdzie wywołać pierwszy przypływ ludzi, ale film utrzyma się tylko przez tydzień, bo jaki mechanizm działa u widowni. Ktoś zobaczy film potem powie koledze „Wiesz, widziałem wspaniały film i tak dalej…”.
– Czy „Lokator” jest odbiciem pana doświadczeń i przeżyć?
– Tak. Mieszkałem wtedy we Francji. Nie miałem pieniędzy, nie byłem taki sławny. Francuzi to najohydniejszy naród świata. Właściwie nie tolerują cudzoziemców. Owszem znani artyści, malarze tak, ale zwykłych ludzi nie tolerują. W tym filmie są moje przeżycia, ale proszę nie zapominać, że ten film jest w pełni zgodny z opowiadaniem Topora.

„Dlaczego zrobiłem „Tess”, film tak inny od poprzednich. Kiedy robiłem tamte, czasy naprawdę były spokojne. Prowadziło się burżujskie życie, dlatego robiłem wcześniejsze filmy z przekory. A teraz, kiedy rzeczywistość, życie stały się tak absurdalne, to nie ma sensu robić takich filmów”.
Mówił to z pełnym przekonaniem.

Robi się duszno. Niektórzy nie wytrzymują, wychodzą na chwilę. Co jakiś czas zapalają się reflektory i uruchamiane są kamery. Co chwila błyskają flesze. Po półtorej godzinie spotkanie kończy się. Gdy wychodzę, na ekranie pojawia się film „Dwaj ludzie z szafą”. Polański rozdaje autografy, Czy przeczuwał taką scenę kręcąc Dwóch ludzi z szafą?

 

 


 

18 października 1980 – sobota
Lech Wałęsa na stadionie Hutnika w Nowej Hucie

Nie wiem, jaką formę opisu wybrać. Zapis własnych wrażeń za subiektywny, dokumentalny za obiektywny. Poza tym brak materiałów i słaba pamięć. Luki w pamięci. Jedynym wyjściem wydaje mi się spisanie tego, co przyjdzie mi do głowy.

Zjawiam się na stadionie Hutnika wpół do trzeciej. Jest gorąco, pogoda jest zmienna. Przed chwilą było pochmurno, a teraz niebo się rozpogadza. Słońce, choć jesienne, przygrzewa mocno.
Siadam jakieś piętnaście metrów koło wejścia, gdzie ma się pojawić Lech Wałęsa. Obok mnie siedzą robotnicy. Powtarzający się motyw w ich rozmowie to narzekanie na mylną wiadomość w prasie o terminie spotkania. Jeden z nich mówi: W „Głosie” napisali, że spotkanie odbędzie się jutro. Drobna nieścisłość – 24 godzinne opóźnienie.
Gdyby mogli – dodaje drugi – podaliby termin z rocznym opóźnieniem.
Tak, nożyce cenzora partyjnego stępiły się trochę, ale jeszcze raźnie tną.

15.20 – 15.30. Kształt stadionu to półkole zwrócone ku czerwonemu napisowi na trawie SOLIDARNOŚĆ. Przed nim parę mikrofonów. Kamerzysta ustawia kamerę na statywie.
Oczekiwanie. Z tyłu dochodzi odgłos podjeżdżającego autobusu. Ludzie u góry wstają. Podniecenie. Nagle zrywają się głośne brawa. Wszyscy ludzie wstają, ja też. Nie widzę Lecha, bo ginie w tłumie dziennikarzy. Ich gromadka przesuwa się do środka stadionu. Ruch tego orszaku przypomina ruchy smoka. Gdy Wałęsa robi niespodziewany zwrot w bok paru dziennikarzy pada na ziemię. Reszta ogona smoka reaguje na ten manewr elastycznie. Wreszcie Wałęsa jest w pobliżu mikrofonu. Otacza go zbita ciżba dziennikarzy. Publiczność gwiżdże i woła „Zejść na bok, odsłonić”. Ktoś przy mikrofonie prosi o to samo. Trwa to jednak chwilę, zanim dziennikarze decydują się odejść na bok i usiąść na trawie.

Wszystko wygląda fantastycznie na tle ogromnego półokrągłego nieba. Wałęsa i ludzie z MKZ są maleńkim elementem wtopionym w przestrzeń.

Słuchając wypowiedzi wznosiłem wzrok ku niebu i ku przesuwającym się na nim chmurom o różowo-czerwonawo-brunatnej barwie. Na niebie też chmara ptaków wyglądających jak czarne punkciki na niebie.

Na środku trzepocze w wietrze biało-czerwona flaga prześwietlona ostrymi promieniami słońca.

Słońce w czasie tego dwugodzinnego spotkania zniżało się do kresu horyzontu. Słońce oślepiało, ale na szczęście zakrywały je chmury.

Kręci się parę osób z kamerą, filmują też publiczność. Zbierane są kartki z pytaniami.
Powitanie. Potem przemawia Wałęsa.
„Jestem zwykłym robotnikiem. Ukończyłem tylko szkołę zawodową”
Potem mówi o potrzebie oczyszczenia brudów, a oczyszczenie trzeba zacząć od samego siebie.

Ma charakterystyczny sposób mówienia. Szorstki i miejscami niezręczny.
„Nie potrzebujemy się bać. Jest nas dużo i nic nam nie zrobią. Jest nas siedem milionów.
Nie będę długo mówił. Nie będę was zanudzał. Przeskoczmy do rzeczy konkretnych. Koledzy zbiorą pytania. Proszę je napisać na kartkach”.

Kończy mówić. Młodzi chłopcy wręczają mu kwiaty. Unosi jednego do góry. „Przyzwyczaiłem się do tego. Jeden to za mało dla mnie, sześciu takich noszę na plecach”.
Śmiech i brawa publiczności. Jeden z chłopców krzyczy do mikrofonu „Niech żyje Solidarność!”. Wszyscy wybuchają śmiechem. „Będzie z niego dobry związkowiec”- mówi mój sąsiad.
Po Wałęsie przemawiają po kolei przedstawiciele MKZ. Najpierw przedstawiciel MKR ze Szczecina, Marian Jurczyk. „Nie bijcie tyle braw, to niepotrzebne”. Mówi gładszymi zdaniami niż Wałęsa, ale mówi konkretnie i rozsądnie.
„Robotnicy umieją pracować tylko trzeba im stworzyć odpowiednie warunki i dobrą organizację pracy, czego nie było u nas kilkadziesiąt lat. Zarzucają nam, że jesteśmy elementem antysocjalistycznym. To bzdura. Teraz, gdy mamy swoją organizację związkową nie możemy dopuścić do ruiny gospodarczej”.

Potem mówi optymistycznie.

„Gdy będziemy mogli sami decydować, to zaniedbania i błędy można będzie odrobić w ciągu paru lat. Nie ma jednak cudów”.
Na koniec mówi „Bóg z wami”.

Potem Wałęsa odpowiada na pytania.
„Nie jesteśmy jeszcze zarejestrowani w sądzie. Mają pewne zarzuty co do statutu, ale to zwykłe czepianie się. Ale my na papier nie zważamy. (Tu brawa). Będziemy działać, mimo że nie mamy osobowości prawnej. Nie jesteśmy zalegalizowani. To ciekawe, że CRZZ nie musiała się w żadnym sądzie rejestrować. Byli też nielegalni (Śmiechy)”.

„W tej chwili nie potrzeba nam strajków. Obejdziemy się bez nich. Są inne możliwości nacisku”.

O wypowiedzi czeskiego dostojnika partyjnego. „Co oni gadają o pomocy towarzyszom polskim? To nasza sprawa. Jeżeli ktoś się chce mieszać w nasze sprawy, to niech spróbuje, ale nie radzimy. A kogo oni chcą bronić? Nas powinni, bo my reprezentujemy autentyczne społeczeństwo”.

Jest po piątej. Słońce znika za horyzontem. Wcześniej Wałęsa mówi „ O tęcza się pojawiła!”.
Potem pojawia się czarna chmara ptaków. Ludzie zadzierają głowę do góry.
Na koniec spotkania wszyscy wstają. Śpiewają najpierw Hymn, potem Boże coś Polskę.
Potem Wałęsa z innymi przedstawicielami MKZ robi rundę honorową wokół trybun. Uśmiechnięty Lech przechodzi obok mojej części. Gromkie brawa. Ja też klaszczę. Jestem całym sercem z nimi. Cała moja sympatia i nadzieja po stronie tych robotników.

 

 


 

POWRÓT Z ANGLII. 2008-2018

Po trzech latach pracy w Anglii wróciłem do rodzinnego miasta. Pierwsze lata to był stan nieustannej euforii. Cieszyło mnie wszystko, rodzinne miasto, lasy, rzeki, stawy, okoliczne wsie.

Chodziłem po okolicznych lasach, czasami dwadzieścia kilometrów i nie byłem zmęczony. To była dla mnie czysta magia w dobrym znaczeniu tego słowa czyli biała magia, nie czarna..
Pod moimi stopami czułem, że stanowię z ziemią jedność. Podobnie jak gigant z mitologii greckiej Anteusz. Gdy dotykał stopami ziemi wstępowała w niego moc, gdy go odrywano od ziemi, moc go opuszczała.

Spotykałem się regularnie z kolegami ze szkoły. Piliśmy piwo i godzinami snuliśmy wspomnienia z przeszłości.
Po trzydziestu latach nieobecności w Końskich ze sporadycznymi wizytami na święta i wakacje stałem się jednak kimś innym, nie obcym lecz kimś innym. Mówiliśmy tym samym językiem, czasami koneckim slangiem. Mnie jednak było trudno wytłumaczyć im mój świat, a im ich, moje czternaście lat w Krakowie, dwanaście w Warszawie i trzy w Anglii, im trzydzieści lat w Końskich.

Oni wrośli w ten świat, ja poruszałem się w nim jak pijane dziecko we mgle. Nie wiedziałem, kto jest kim, a to bardzo ważne.

Myślałem sobie czasem, co by było, gdyby Adam Mickiewicz mógł wrócić na ukochaną Litwę. Wyidealizował ją. Jakby wyglądało zderzenie tej idealizacji z konkretną rzeczywistością. Rozczarowałby się nią, a może nawet powrócił do Francji?

Ja z latami stwierdziłem, że w czasach pobytu w Anglii wyidealizowałem Polskę. W rzeczywistości była inna niż obrazy wytworzone przez moją tęsknotę za krajem.
Znużyła mnie ciasnota umysłowa kolegów i mieszkańców.

Co gorsza większość z nich była mniej lub więcej wplątana w miejscowy układ najczęściej postkomunistyczny, choć nigdy nie byli komunistami. Ten układ jednak rządził tym miastem wszędzie, w urzędach, szkołach a nawet w prywatnych firmach. Dominowały tam klany rodzinne i koleżeńskie wywodzące się z PZPR, później z SLD i PSL. A nawet, jeśli te klany były obecnie bezpartyjne, to jak w skansenie zachowały mentalność z PRL-u.

Uświadomiłem sobie, że tym miastem rządzi mafia podobnie jak we włoskiej sztuce Trąd w pałacu Sprawiedliwości. Ta miejscowa mafia nie zabija. Nie ma takiej potrzeby. Decyduje jednak, kto dostanie pracę w urzędach czy szkołach. W zasadzie wychodzi na to samo, bo brak pracy jest też wyrokiem, co prawda nie śmierci lecz skazaniem na ubóstwo.

Mój zachwyt tą ziemią trwał jednak dalej. W 2009 roku kupiłem aparat cyfrowy i na ile potrafiłem próbowałem oddać piękno krajobrazów. Chmury, kwiaty, drzewa, zabytki.
Zrobiłem kilka tysięcy zdjęć, tych dobrych może kilkadziesiąt. Są tam zdjęcia nienaganne pod względem kompozycji obrazu, rozłożenia światła i cienia. Mam wrażliwość malarską ukształtowaną na podstawie analizy wielu albumów malarskich.

Bywałem też często bezradny, bo skromne możliwości mojego aparatu nie przenosiły piękna, które widziały moje oczy
Jednym słowem moje zdjęcia były jedynie skromnym, mocno niedoskonałym hołdem wobec mojej ziemi.

 

 


 

Moje dwa tłumaczenia piosenek Aznavoura

To dla mnie Mistrz. To był powód, dla którego nauczyłem się francuskiego.
Aznavour to zacny człowiek.

 

CHARLES AZNAVOUR

TRZEBA UMIEĆ

Trzeba umieć uśmiechać się
Gdy odeszło to co najlepsze
I zostało to co najgorsze
Tak że tylko usiąść i płakać

Trzeba umieć zachować całą swą godność
Nieważne ile to kosztuje
I odejść nie oglądając się za siebie

Trzeba stawić czoło okrutnemu losowi
Zapomnieć o utraconym szczęściu
Trzeba umieć ukrywać swoje łzy
Lecz ja, moja droga tego nie potrafię

Trzeba umieć odejść od stołu
Od którego odeszła miłość
Nie litować się nad sobą
I odejść bez słowa

Trzeba umieć ukrywać swój ból
Pod maską codzienności
Wystrzegając się nienawiści
Która jest ostatnim słowem miłości

Trzeba umieć zachować spokój
Uciszyć serce rozrywane bólem
Trzeba umieć zachować twarz
Trzeba umieć lecz ja lecz ja
Nigdy tego nie potrafiłem

 

CHARLES AZNAVOUR
CZAS

Czas, który mija
Senny czas
Czas bez radości
Czas cudów
Czas jednego dnia
Czas jednej sekundy
Czas, który pędzi jak szalony
Burzliwy czas

Czas, czas
Jest tylko czas
Czas twój, mój czas
Chciałoby się powiedzieć nasz czas

Miniony czas
Czas, który nadchodzi
Czas miłości
Czas odchodzenia
Czas łez
Zabawy czas
Czas powodzenia
Czas śmierci
Czas wakacji

Czas chwały
Czas zaprzeszły
Czas radości
Czas codziennej bieganiny
Radosny czas
I czas kłamstw
Czas chłodów
I czas marzeń

Czas wzrastania
Czas szaleństw
Życia czas
Nadchodzący czas
Nie do zatrzymania czas
Czas cieszenia się życiem

 

 


 

ODTWORZONE Z PAMIĘCI. 28 CZERWCA 1982

Odtwarzam to zdarzenie teraz z pamięci, bo wtedy nie mogłem go opisać z oczywistych względów.

W razie jakiejś rewizji moje zapiski wsypałyby mojego kolegę ze studiów Jana Tombińskiego. To on zorganizował tę akcję.

Chodziło o to, żeby przewieźć dokumenty Jana Marii Rokity w inne bezpieczne miejsce.

Jan w tym czasie był internowany w Załężu. Jego dokumenty mogły być materiałem procesowym, na przykład świadczącym o szpiegostwie na rzecz USA.

Jan Tombiński umówił mnie z matką Jana Rokity na określony dzień i godzinę. Jako wytrawni konspiratorzy wybraliśmy starannie dzień i godzinę. To był 28 czerwca, polska drużyna piłki nożnej rozgrywała wtedy mecz z Belgią.

Wziąłem dużą torbę i pojechałem tramwajem jeden przystanek. To było niedaleko, mieszkałem wtedy na Alei Mickiewicza, a matka mieszkała na ulicy 3 Maja.

Pojechałem tramwajem, bo w owym czasie milicja zwracała baczną uwagę na młodych ludzi z plecakami i dużymi torbami. Milicjanci sprawdzali ich zawartość.

Matka Jana przywitała mnie serdecznie, poczęstowała herbatą. Wyjęła z pieca dokumenty a ja je starannie zapakowałem do torby.

Rozmawialiśmy chyba z godzinę. Ona opowiadała o synu i o tym jak został aresztowany, ja o demonstracji w Nowej Hucie, w której wziąłem udział dzień wcześniej. Była to jedna z nielicznych pokojowych demonstracji tamtego czasu, bez gazu łzawiącego, polewaczek i pałowania.

Podjechałem tramwajem pod hutę imienia Lenina i dołączyłem do demonstracji. Hutnicy mieli dobrą obstawę zaopatrzoną w to co trzeba. Na przemoc trzeba odpowiadać przemocą.

Przeszliśmy kawał drogi. Milicja nas obserwowała, robili zdjęcia. Ja sam nie robiłem zdjęć, choć miałem aparat. Gdybym to robił, uznano by mnie za esbeka.

Demonstracja skończyła się i wróciłem spokojnie do domu tramwajem.

Dokumenty Rokity trzymałem z rok w tapczanie.

Raz wpadł Jan Tombiński z koleżanką z NZS-u. Przejrzeli dokumenty. Jeden z nich był potencjalnie niebezpieczny: zaproszenie na spotkanie ze strony ambasady USA.

Dokumenty zabrał Jan Tombiński rok później.

Jakiś czas potem powiedział, że Jan Maria był bardzo niezadowolony, bo zaginęło parę dokumentów.

Obaj liczyliśmy naiwnie, że powie słowo „dziękuję”.

 

 


 

Roman Polański i inni

Kraków nie jest dużym miastem. Raczej średniowiecznym małym, gdzie wszyscy się znają. Tego nie ma w Warszawie. Pełna anonimowość.

Wracając do Romana Polańskiego, mieszkał w swoich latach na Placu Szczepańskim w kamienicy naprzeciwko Teatru Starego.

Dzięki Jerzemu G. w 1988 roku poznałem Irenę Naskalską, która mieszkała w tej kamienicy. Nazwał ją panią starszą.

Kiedy Jerzy powrócił do Białegostoku, na mnie spadł obowiązek wnoszenia węgla na jej piętro. Ona nie mogła tego robić, bo była chora na serce.

Od niej dowiedziałem się, że mieszkała tam macocha Polańskiego i że go tam widywała.

Pani Irena, wdowa po lekarzu zmarła we wrześniu 1989 roku.

Nie wiedziałem o jej pogrzebie. Przychodziłem do niej co piątek, pewnego piątku dowiedziałem się, że umarła parę dni wcześniej.

Pochodziła z Warszawy, ale wyjechała stamtąd przed Powstaniem Warszawskim. Opowiadała mi o strasznej okupacji niemieckiej, o egzekucjach. Łzy jej płynęły z oczu.

Była znacznie starsza ode mnie, nie pamiętam jaki rocznik, ale rozmawiało mi się z nią jak z rówieśnicą.

Miała ten sam świat wartości. Mówiła dobrym polskim, typowym dla inteligentów przedwojennych.

To był świat bardzo mi bliski.

 

 


 

MÓJ OJCIEC MARIAN ŁYŻWA

Był jak skała czyli opoka. Wykuty z jednej bryły z marmuru lub granitu. Swoje życie budował na skale, nie na piasku. Był krystalicznie uczciwy. Szedł zawsze prostą drogą i nigdy z niej nie zbaczał.

Mało mówił, ale jak coś powiedział, to miało to ciężar ołowiu. Cieszył się dużym szacunkiem wśród rodziny, krewnych, znajomych, mieszkańców osiedla, współpracowników.
Miał autorytet oparty na słowności i zgodność słów z czynami. Nikomu go nigdy nie narzucał. Zdawał sobie sprawę ze względności ludzkich opinii.

Jego szefowie chcieli go zapisać do PZPR, mimo że był wrogiem ludu jako były więzień Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. Pracował w kopalni.

Na propozycję szefów odpowiadał zawsze uprzejmie i stanowczo. Jak go pytali, dlaczego odmawia, odpowiadał, że jest człowiekiem wierzącym i nie może być członkiem organizacji, która neguje istnienie Boga.

Dali mu święty spokój. Był dobrych fachowcem i był im potrzebny. Był głównym księgowym w PZGS-ie czyli w Państwom Związku Gminnych Spółdzielni. To była ciężka odpowiedzialna praca wymagająca dokładności: raporty księgowe z okolicznych wiejskich sklepów Gminnych Spółdzielni, bilans całoroczny sporządzany w styczniu. Do domu wracał zmęczony wieczorem.

Urodził się 16 stycznia 1926 roku we wsi Sworzyce. Jego ojciec Józef zgromadził duże pieniądze jako kelner i kucharz w Hotelu Europejskim. Wrócił do Sworzyc, nie była to jego rodzinna wieś, bo urodził się w 1888 roku gdzieś pod Radomiem. Zakupił dużo gruntów w pobliskiej wsi Sobień i zajął się rolnictwem.

Był z pochodzenia chłopem, ale dzięki pracy w Hotelu Europejskim miał nienaganne maniery i mówił polszczyzną literacką. Nigdy nie używał gwary.

Ojciec ukończył w 1939 roku siedmioklasową szkołę podstawową w Sworzycach. Była to solidna edukacja sto razy lepsza niż dawne gimnazjum i obecne liceum. Wtedy pracowali nauczyciele z powołania.

Z pamiątek po Ojcu pozostał zeszyt z religii, staranne pismo, widać, że uczono wtedy dobrze kaligrafii.

Ja trafiłem na szkołę, gdzie nie uczono kaligrafii. Do tej pory piszę jak kura pazurem. Wstydzę się tego bardzo. Ojciec zwracał mi uwagę, że mówię niewyraźnie, tak pod nosem. Przyjmowałem te uwagi z pokorą. Wtedy czasy były takie, że jak dorosły mówił, to dziecko słuchało. Nie dlatego, że dziecko się bało, przeciwnie czuło, że to dla jego dobra..

Mój Ojciec był od dzieciństwa bardzo religijny. To była religijność oparta na kulcie Maryi.

12 czerwca 1939 roku zapisał się do Milicji Niepokalanej. Przed wojną i po wojnie prenumerował Rycerza Niepokalanej. Numery powojenne mam jeszcze.

Druga Wojna Światowa była dla Ojca dużą traumą. Był świadkiem egzekucji całej rodziny a potem spalenia ich domu. Tak zwane pacyfikacje wsi były wtedy na porządku dziennym.
Mimo to Ojciec został zaprzysiężony w BCH w wieku 16 lat. Przeszedł szkolenie strzeleckie i pełnił funkcje pomocnicze przy odbiorze zrzutów z Anglii.
Bardzo się bałem wtedy, wyznał po latach.

W latach chyba 1945-1946 odbył zasadniczą służbę wojskową w Bieszczadach. Pełnił funkcję rachmistrza wojskowego.

Jego kłopoty z władzą ludową zaczęły się w latach 50-tych. lub wcześniej. Kadra oficerska składała się z oficerów przedwojennych. Władza ludowa szukała na nich haka i doszukała się rzekomych nadużyć finansowych. W ten sposób Ojciec oskarżony został o współudział w owych nadużyciach, ściślej mówiąc o brak donosu na oficerów. „To co, nie ufacie władzy ludowej” – grzmiał prokurator wojskowy. Ojciec widocznie nie ufał i za ten brak ufności dostał wyrok ponad rok pracy przymusowej w kopalni w Jaworznie.

Ojciec niechętnie o tym mówił.

Po odbyciu kary dostał pracę w Gminnej Spółdzielni w Grabkowie, pobliskiej wsi.
Widocznie był dobrym księgowym, bo potem został zatrudniony w PZGS-ie w Końskich jako główny księgowy.

Mój Ojciec podobnie jak Mama kochał swoją wieś. Nigdy nie był na żadnych wczasach. Podczas urlopu pomagał siostrze Irenie w żniwach. Kosił żyto. Jego siostra była w separacji z mężem i miała na głowie starzejących się rodziców i gospodarstwo.

Ja chcąc nie chcąc pomagałem ciotce w pracach polowych w czasie wakacji od czerwca do września. Przerobiłem wszystkie prace polowe, sianokosy, przerzucanie siana, zwożenie do stodoły, potem to samo ze zwożeniem żyta. Podczas żniw wiązałem snopki. Nauczył mnie tego pan z Łodzi pracujący w sądzie. On sam nauczył się tego w czasie pracy przymusowej u Bauera w Niemczech.

Był anty-komunistą, opowiadał mi o Jałcie. Miał dobrą znajomość historii polskiej i europejskiej. Testował moją wiedzę. To były interesujące rozmowy. Dużo z nich wyniosłem, to było odmienne od tego, czego uczono mnie w szkole.

Do ciotki przyjeżdżałem rowerem rano wyjeżdżałem przed zachodem słońca. W obie strony 36 kilometrów. Droga przez okoliczne wsie, łąki, lasy. Pokochałem piaszczyste leśne dróżki.

Pokochałem zapach trawy, kwiatów, krzewów, zapach lasu.

Pojęcie szczęścia jest względne. Wtedy nie wiedziałem, że byłem szczęśliwy. Dzisiaj to wiem.

 

 


 

SPOTKANIE ZE ZBIGNIEWEM HERBERTEM
W KOŚCIELE OJCÓW REDEMPTORYSTÓW. KRAKÓW 16 GRUDNIA 1984 ROKU

Kościół był wypełniony do ostatniego miejsca. Byli to głównie ludzie młodzi, studenci.
Rozpoznawałem twarze znane mi ze strajków i demonstracji. Używając terminologii z tamtej epoki, była to ekstrema o wysokim stężeniu.

Aktorzy z Teatru Starego recytowali jego wiersze. Słuchał ich z pewnego rodzaju zażenowaniem. Potem powiedział, że to było dla niego zawstydzające doświadczenie.

Młodzi ludzie zaczęli zadawać mu pytanie. Pierwsze „Czy data spotkania, 16 grudnia, trzecia rocznica śmierci górników z kopalni Wujek, była zamierzona celowo?”.

„Nie, to przypadek, no chyba, że udowodnią nam coś innego…”.

Czy lubi swoje wiersze śpiewane przez Przemysława Gintrowskiego?

„Całkowicie nie, ale nie uda się państwu skłócić mnie z panem Przemysławem. Znam go i lubię”.

„Czy ucieszył się pan z wiadomości, że dostał pan nagrodę Lenina? Dziennikarz pomylił ją z nagrodą Lenau”.

„Nigdy o tym nawet nie marzyłem”.

Zbigniew Herbert był dla mnie legendą. Moim zdaniem zasługiwał na Nobla bardziej niż Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Nie dostał jej, bo komitet noblowski uznał go za nacjonalistę.

Jego wiersze były niedostępne w księgarniach. Spędziłem kilka tygodni w czytelni Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej na ulicy Michałowskiego i spisałem wszystkie jego wiersze do zeszytu. Pierwszą stronę opatrzyłem niezbyt ładną dedykacją „P…..lonemu państwu ludowemu przepisujący wiersze Bogdan Łyżwa”. Wulgarnie lecz szczerze.

W biografii Herberta napisanej przez Jacka Łukasiewicza jego żona Katarzyna wspomina to spotkanie tak: „Dla Zbyszka było to ogromne przeżycie. Nagle miał stanąć w miejscu, w którym odprawia się mszę św. Jakby po drugiej stronie. Pamiętał, jak mnie zaskoczył, kiedy poprosił, żeby wyjęto z tabernakulum Najświętszy Sakrament. Nie chciał stać odwrócony do Najświętszego Sakramentu plecami”.

Na tej samej stronie 189 są dwa zdjęcia Herberta. Na jednym z nich rozpoznaję siebie w górnym prawym rogu.

Po spotkaniu Herbert podpisywał tomiki swoich wierszy. Większość ludzi miała jego tomik Raport z oblężonego miasta. Przechowuję jego tomik do dziś jak relikwię.

Herbert miał duży dystans do siebie. Jednej dziewczynie do autografu dorysował kwiatki.

 

 


 

OPIS POKOJU NA ULICY SIEMIRADZKIEGO 10/2. LATO 1987

Pokój sprawia wrażanie, jakby nie był z tej epoki ani w ogóle z żadnej, choć był częścią mieszkania Radziwiłłów. Teraz stał się wielką rupieciarnią.

Byłby dobrą scenografią dla sztuk Tadeusza Kantora lub Józefa Szajny. Mieszanka różnych epok, wszystko się ze wszystkim gryzie.

Na ścianie tuż za drzwiami wisi ogromny portret Józefa Stalina z lat pięćdziesiątych. Wielki Nauczyciel Ludzkości patrzy z dumą w przyszłość. Nad jego głową wisi odpustowy wisiorek, czarna główka diabła, gdy się ją naciśnie, ukazuje się czerwony jęzor.

Na prawo od portretu Stalina wisi stara maska gazowa. Jest bez pojemnika tlenowego, zamiast niego butelka wina półsłodkiego.

Poprawność ideologiczną ściany dopełnia zdjęcie mojego współlokatora z młotkiem i nożem w zastępstwie sierpa.

Obok portretu Stalina stoi stara szafa z lustrem. Zakrywa drzwi prowadzące do niezamieszkałego pokoju. Na bocznej ścianie szafy kolorowe zdjęcie kobiety z nagim biustem przyglądającej się w lustrze.

To zdjęcie wprowadza dysonans w kąciku Ziutka Słoneczko.

Jest to kącik o wyraźnie proradzieckim charakterze.

Pod portretem Stalina wisi plakat z filmu „Ocalić miasto”. Nie wiadomo dlaczego nosi tytuł angielski „Save the City”. Pod plakatem tytuł prasowy „Trup ożywia gazetę”.

Ostatnim proradzieckim elementem jest mały obrazek w ramkach namalowany najwidoczniej przez dziecko na jakiś konkurs. Przedstawia postaci z rewolucji bolszewickiej z czerwonymi flagami. Na jednej z nich widnieje napis: „Precz z caratem”.

Przeciwległa ściana ma ideologicznie odmienny charakter. Grafika przedstawiająca Józefa Piłsudskiego. Nad głową ma zdjęcie Jana Pawła II w typowym geście błogosławieństwa, nieco wyżej medalion z Maryją karmiącą piersią małego Jezusa.

Poza tym dwa taborety, na jednym z nich małe popiersie Władysława Sikorskiego, na drugim elektryczna maszynka na cegle.

Obok taboretu dwa małe fotele, z których wyłażą metalowe sprężyny.

Nie chcę ciągnąć tej inwentaryzacji w nieskończoność. Dodam jedynie piec kaflowy, stół, dwa krzesła, regał z książkami , dwa łóżka i biurko pod oknem.

Na łóżkiem współlokatora ikona. Przedstawia jego samego w stroju prawosławnym, nad głową ma aureolę.

Piszę już długo i widzę, że żaden opis nie odda rzeczywistości, nawet jeżeli są to martwe przedmioty.

 

 


 

Koniec maja 1981

Poznaję historię tego kraju, jakby chodziło nie o Polskę i zdarzenia sprzed 30 lat lecz o kraj za siedmioma lasami, górami i rzekami i o zdarzenia sprzed wieków.
W rzeczach zdałoby się znanych odkrywam co chwilę rzeczy zaskakujące. Poprzedni obraz to dzieło szkół, do których chodziłem składający się z kłamstw i przemilczeń.. Wszystkie te świetlane postaci z czytanek szkolnych, te Bieruty, Berlingi, Nowotki zmieniły się w kreatury.
Im więcej czytam tym większa ogarnia mnie złość. Chociaż za dzieciństwa i młodości czułem instynktowną niechęć do środowiska sekretarzy, milicjantów, to nie zdawałem sobie do końca sprawy z zakresu spustoszeń dokonanych przez indoktrynację.

Pamiętniki Władysława Andersa. Bezsilna złość. Zaczynam chorować na chroniczny antysowietyzm. Nie jest to nienawiść do Rosjan lecz do ich zakłamania i perfidii.
Poza tym, czy Polska zawsze musi być murzynem narodów? Wykorzystuje się ją, gdy jest potrzebna. Robił to Napoleon, robili to Roosevelt, Churchill. Potem zostawiają Polskę na lodzie, sprzedają za własne interesy. Rok 1945 nie był rokiem zwycięstwa lecz porażki. Nastąpiła tylko zmiana okupantów.

Gdy jesienią zeszłego roku czytałem dzienniki Żeromskiego, nie wiedziałem, że zacznę taką samą chorobę co on – na marzenia o suwerenności i niepodległości.
Odkrywam rzeczy dawno już odkryte.

 

Innego dnia

Stoję razem z grupą studentów w ramach zajęć wojskowych przed jednostką wojskową. Nasz cicerone, oficer polityczny major Batko nie pojawia się.
Jeden ze studentów zwraca się do nas z pytaniem?
– Czy koledzy nie mają problemów ze wzwodem?
– A bo co?
– Spójrzcie tam – wskazał na wizerunek robotnika za sterem.
Pod nim był napis „Każdy członek dba o swoją partię. Partia dba o każdego członka”.
Pod spodem drobnymi literami nazwisko W.I. Lenin.

Jest to muzeum którejś tam dywizji pomorskiej. Eksponaty i zdjęcia obrazują historię jednostki i PRL-u. Na pierwszej planszy od góry idąc cztery zdjęcia: Nowotki, Bieruta, Findera, na koniec Gomułki.
– Zapomnieli chyba o Mołojcu – ironicznie komentuje jeden ze studentów.
Na następnej tablicy sucha ascetyczna twarz Wandy Wasilewskiej.
– Wygląda jak kurwa – mówi brodaty student Sedlak.
– Bo też nią była – dopowiada inny.

 

 


 

JAKŻE SMUTNA JESTEŚ WENECJO

Jakże smutna jesteś Wenecjo, gdy umiera miłość

Jakże smutna jesteś Wenecjo, gdy miłość odchodzi

Szuka się jeszcze słów, które umierają w ustach

Chciałoby się płakać, ale łzy nie chcą płynąć

Jakże smutna jesteś Wenecjo, gdy barkalore przeszywają głuchą ciszę

A serce ściska żal na widok zakochanych unoszonych przez gondole

Jakże smutna jesteś Wenecjo, gdy umiera miłość

Jakże smutna jesteś Wenecjo, gdy miłość odchodzi

Muzea i kościoły na próżno stoją otworem

Ukazując niepotrzebną piękność naszym rozczarowanym oczom

Jakże smutny jest wieczór na lagunie

Gdy człowiek na próżno szuka drugiej dłoni

I gdy żartuje się w świetle księżyca

Próbując zapomnieć wszystko to, co chciało się powiedzieć

Żegnajcie gołębie wierni towarzysze

Żegnaj Moście Westchnień

Żegnajcie stracone złudzenia

To takie smutne Wenecjo, gdy miłość umiera

To takie smutne Wenecjo, gdy miłość odchodzi

 

 


 

STRAJK LISTOPADOWY NA UJ 1981

Rozpoczął się 12 listopada, zakończył 11 grudnia. Brałem w nim udział od początku i prawie do końca to znaczy do 10 grudnia.

Wyjechałem ze strajku i Adam Kalita zapytał mnie wtedy, dlaczego wyjeżdżam, bo przecież zaczną się najbardziej interesujące rzeczy. Miał rację.
– Nic nie wywalczymy – powiedziałem. Na władzy żadne strajki nie robią już wrażenia.
Kiedy szedłem na dworzec, zobaczyłem przy przejściu podziemnym napis „ZOMO BIJĄCE SERCE PARTII”

To się sprawdziło trzy dni później. To serce partii biło mocno i dotkliwie.

Nie byłem nikim znaczącym na tym strajku. Spełniałem funkcje pomocnicze typu „Wynieś, przynieś, pozamiataj”.

Pilnowałem wejścia do Collegium Novum, przyjmowałem nowych strajkujących, wrzucałem koks do kotłowni.

Oczywiście poznałem przy okazji czołówkę NZS-u . Rozmawiałem z tym ludźmi, ale były to zwykłe rozmowy służbowe.

Strajk był bardzo dobrze zorganizowany. Codziennie były dostarczane posiłki, śniadania, obiady, kolacje, herbata.

Były ciekawe filmy i spotkania z ciekawymi ludźmi.

Po latach zastanawiam się, jak mogłem przeżyć parę tygodni na materacu z łazienką bez pryszniców.

To była kocia toaleta. Mogłem się wymyć jak kot łapą.

Miałem wtedy 22 lata i wcale mi to nie przeszkadzało.

Od tego czasu minęło 37 lat i to co piszę jest rekonstrukcją z pamięci. A pamięć jest zawodna.

W mojej pamięci pozostały jedynie okruchy.

Pamiętam spotkanie z Adamem Zagajewskim. Miał nieznośną angielską manierę mówienia przez nos.

Na moje pytanie, czy jego wiersze mają związek z Marcem 1968, odpowiedział ku mojemu zaskoczeniu, że nie.

Było inne spotkanie z żołnierzem WiN-u. Opowiedział ciekawą historię z aresztu UB w Kielcach. Jednym z jego współwięźniów był człowiek, który został aresztowany za żart.
W centrum Kielc powiedział, że Anders wraca na białym koniu. Ubecy i sekretarze PPR wpadli w popłoch. Jeden z nich powiedział, że nie był taki najgorszy.

Potem żartowniś tłumaczył się, że to był tylko żart.
„A co było, gdyby ludzie uwierzyli w ten żart?” powiedział szef UB.
Żartowniś odsiedział swoje.

Pamiętam jeszcze młodego człowieka z Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej. Właśnie wywalano go ze studiów za udział w strajku. Opowiadał o pacyfikacji tej szkoły przez ZOMO.

Wiedziałem już wtedy, że władza szykuje się do konfrontacji.

Ten strajk listopadowy wspominam miło. To była końcówka karnawału Solidarności.

Na strajku kupiłem parę ciekawych książek, które kosztowały wtedy fortunę, między innymi jeden tom Archipelagu Gułag i Główne nurty marksizmu Leszka Kołakowskiego.

Bliscy ludzie ze strajku: Wojciech Krawczuk, „Czarny” wspomniany w jednym z moich szkiców, ponadto dwie dziewczyny z pierwszego roku germanistyki. Były inteligentne i urocze.

Rozmawiałem z nimi godzinami na parterze Collegium Novum i piliśmy herbatę.

To był ciekawy czas mojej młodości. Należałem w moim życiu do jednej organizacji do NZS-u. Formalnie od 17 lutego do 13 grudnia 1981 roku.

Na koniec posłużę się żartem Wojciecha Młynarskiego o dziadku weteranie spod Verdun.

Nie mógł zasnąć bez huku armat. Ze mną jest podobnie.

 

 


 

Strajk generalny. 28 marca 1981-7.30

Paderevianum. Parę osób z NZS-u. Nie bardzo wiadomo, do czego jesteśmy potrzebni. Opiekę nad budynkiem przejęła Solidarność. Podchodzi do mnie wychudły lektor z Austrii. Przyszedł pro forma, bo i tak nie ma zajęć, Na twarzy ma tajemniczy uśmiech. Mam ochotę go zapytać, czy Sowieci wejdą czy nie wejdą.
– Es wird gestreikt? – pyta. Strajkujecie?
– Ja, bis zwölf Uhr. Tak do dwunastej godziny.

Przy drzwiach stoją mężczyźni z biało-czerwonymi opaskami i sprawdzają wszystkim legitymacje.

Jasiu Tombiński śmieje się.
– O idzie Funio.
– Kto?
– Doktor Funke z NRD.
Straż nie chce go przepuścić. Po kilkunastu minutach wraca z potrzebnym dokumentem. Przechodzi wściekły obok mnie.

Jakiś naukowiec z Solidarności, chudzielec w okularach zwraca się do nas:
– Potrzebny jest ktoś do zabezpieczenia narzędziowni.
Otwiera drzwi, idzie za nim majster.
– Nie, panie, te okna są dobrze zamknięte.

O ósmej odzywają się syreny. Do sali, gdzie obejmuję posterunek, wchodzi pani z Solidarności.

Niech pan wygląda od czasu do czasu przez okno. Nigdy nic nie wiadomo. Siedzę z dziewczyną z iranistyki w jednej sali na jednym z pięter, Patrzymy przez okno. Myślę, że gdyby nas zaatakowali, to nic byśmy nie zrobili. O 12.00 wraz hejnałem z radia słychać wycie syren. Koniec strajku, największego po wojnie. Policzek dla komunistów.

 

 


 

WSPOMNIENIE O „PANI” KRAKÓW 1985-1990

Nazywała się Anna Łętocha, ale ja i mój współlokator Jerzy nazywaliśmy ją „Panią”.

W tym słowie jest duży szacunek, taki sam jak w angielskim słowie „lady”.

Oznacza ono osobę z arystokracji, jest też przydomkiem Matki Boskiej, Nasza Pani tak jak w języku polskim.

Pani Anna nie pochodziła z arystokracji. Była jedynie służącą u Radziwiłłów z Balic.

Urodziła się w 1905 w USA. Nigdy jej nie pytałem, jak wróciła do Polski i dlaczego. Wiem jedynie, że wróciła przed wojną..

Była administratorką kamienicy numer 10 na ulicy Siemiradzkiego. Podobno Radziwiłłowie zapisali jej kamienicę w spadku. Państwo ludowe było innego zdania i przejęło własność, dokwaterowali jej nowych lokatorów.

Sama mieszkała w zimnej suterynie, jej młodsza siostra w pokoju na pierwszym piętrze.

Była nieodłączną częścią krajobrazu tej ulicy. Ubrana niezależnie od pory roku w zielony ortalionowy płaszcz, pod szyją nosiła chustkę. Widywałem ją o każdej porze dnia i nocy.

Lubiłem z nią rozmawiać. Miała wiele ciekawych historii z przeszłości do opowiedzenia.

To była bliskość duchowa oparta na niechęci do komunizmu i rzeczywistości, którą stworzył.

Przez pokój, który wynajmowała, przewinęło się wiele postaci z ówczesnej opozycji, między innymi Jacek Rakowiecki i Marek Lasota.

Pani Anna brała za czynsz śmiesznie niską cenę. Wychodziła z założenia, że studenci nie mają pieniędzy i miała rację.

W owym czasie miała 80-85 lat. Czas był dla niej pojęciem względnym jak dla Pana Boga.

Na przykład Druga Wojna Światowa była dla niej jak dla mnie dziś, wczoraj, przedwczoraj.

Pewnego dnia pokazała mi wgięcie w dolnej części bramy.

„Skąd się wzięło” – zapytałem z ciekawości.
„A kiedyś gestapo wpadło nocą i podważyło bramę”.

Innym razem zaciekawiła mnie psia buda w ogrodzie.
– Tu był kiedyś pies?
– Tak, całkiem niedawno
– Kiedy?
– W czasie wojny.

Rzadko przychodziła do mojego pokoju, chyba z trzy razy w ciągu pięciu lat. Miała w sobie dyskrecję typową dla dawnych służących.
Zapytałem ją kiedyś o pęknięcie na suficie.

„Wie pan, jak Niemcy bombardowali Kraków, to wybuch bomby w pobliżu spowodował to pęknięcie.

Nie pytałem, czy to było dawno, bo wiedziałem, że nastąpiło to na początku września 1939 roku.

Po latach żałuję, że nie zapisywałem wtedy jej wspomnień. No cóż, jak się jest młodym, to człowiek skupia się na romansach z kobietami, które potem są funta kłaków warte. To strata nie do odrobienia.

Pamiętam jedynie jej wspomnienie o jednym z Radziwiłłów.

Powrócił po wojnie z zesłania ze Związku Radzieckiego.

Powiedział jej, że dla ochrony przed zimnem wkładał liście pod płaszcz.

Piszę o pani Annie, by po latach oddać Jej hołd.

Dzięki Niej przemieszkałem pięć lat w centrum Krakowa prawie za darmo.

Jej koniec nastąpił latem 1990 roku. Wcześniej była niesłychanie żywotna, w końcówce nie wychodziła z suteryny

Nie wiedziałem o tym. Myślałem, że jej siostra się nią zajmuje. W końcu sąsiadka zeszła na dół i zastała panią Annę w fatalnych warunkach higienicznych.

Odwiedzałem panią Annę w szpitalu na Krupniczej. Przynosiłem jej pomarańcze. Rozmawialiśmy a ja z trudem powstrzymywałem łzy.

Kochała mnie jak syna, choć miała syna. Mało się nią interesował i rzadko przychodził.

Po śmierci pani Anny zainteresował się majątkiem po niej.

 

 


 

RECENZJA Z FILMU WOJNA ŚWIATÓW – NASTĘPNE STULECIE PIOTRA SZULKINA
18 LUTEGO 1983

Nie wiem, jak będzie odbierany ten film za dziesięć, dwadzieścia lat. Mogę tylko napisać, jak był odbierany w Rotundzie przez studentów w lutym 1983 roku, po 14 miesiącach stanu wojennego.

Dziwna sprawa z tym filmem. Nakręcony w 1981 roku pokazywany był zapewne tylko w klubach studenckich. Okazał się niespodziewanie proroczy.

Film Szulkina ma niewiele wspólnego z powieścią Wellsa poza głównym motywem, jakim jest inwazja Marsjan.

W gruncie rzeczy zgodność czy też niezgodność filmu z książką nie jest istotna.
Ja i inni widzowie oglądaliśmy ten film pod kątem stanu wojennego. Doszukiwaliśmy się analogii z obecną sytuacją. Było ich dużo, co trafniejsze były oklaskiwane przez widzów.

„W tym filmie TEŻ wprowadzają stan wojenny” – powiedziała dziewczyna siedząca obok mnie. Nie było to do końca prawdą, bo w filmie ani razu nie padło to określenie. Nie było to potrzebne. Sytuacja po inwazji Marsjan ze wszystkimi absurdami, przepisami, nakazami i kłamstwami była uderzająco podobna do tej po 13 grudnia 1981 roku. Policjanci z filmu nosili długie białe pałki i zachowywali się równie brutalnie jak zomowcy.

Nic dziwnego, że film Szulkina był tak wąsko rozpowszechniany. Jeden pokaz na jesieni 1982 w Rotundzie, potem parę seansów w studenckich klubach filmowych. W sumie zobaczyło go może kilka tysięcy widzów.

To wszystko to jednak szczegóły bez większego znaczenia. Najbardziej istotne jest to, że głównym bohaterem filmu jest TELEWIZJA. Nie przypadkiem. Jeżeli ktoś mnie lub ludzi z tamtych czasów zapyta za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, czego najbardziej nie znosili w latach 1981-1989, to usłyszą w odpowiedzi, że najbardziej nie znosili telewizji.

Telewizja w PRL to instrument podboju. Czołgi, pałki, gaz łzawiący służą jedynie do fizycznego zniewolenia, telewizja a głównie Dziennik telewizyjny dąży do tego, żeby niewolnik cieszył się tym, że jest niewolnikiem i pogodził się na zawsze, że jest niewolnikiem.

Telewizja w PRL to symbol zakłamania, instrument do ogłupiania ludzi.

Wspomniany Dziennik telewizyjny to machina, która od 19.30 do 20.10 rozmiękcza mózg milionom Polaków. Nienawidzę Dziennika, a jeszcze bardziej gardzę tym stadem baranów, które regularnie o 19.30 zasiada przed telewizorem. W tym nałogu jest spory podkład masochizmu. Jakże można oglądać coś, co obraża godność i inteligencję przeciętnego człowieka? Ten przymus zasiadania przed telewizorem wykazuję całą naszą nędzę i zeszmacenie.

To kwintesencja i rezultat 40 lat PRL-u czyli 40 lat sowietyzacji Polski. Hasłem najczęściej malowanym przed 13 grudnia było „TELEWIZJA KŁAMIE”. Film Szulkina pokazuje, jak się to kłamstwo robi. Analizuje mechanizm kłamstwa, za pomocą którego manipuluje się świadomością ludzi, dlatego był odbierany tak emocjonalnie przez widzów.

Młodzi ludzie przyszli na ten film, żeby kłamstwo nazwano kłamstwem i nie zawiedli się.

 

 


 

19 PAŹDZIERNIKA 1983. KONCERT PRZEMYSŁAWA GINTROWSKIEGO W ROTUNDZIE

Pełne katharsis po koncercie Przemysława Gintrowskiego w Rotundzie pod tytułem Pamiątki.
Mój były współlokator Ryszard Orzechowski zajął mi wcześniej krzesło w pierwszym rzędzie.

„Myślałem, że już nie przyjdziesz” – powiedział.

W ręku trzyma magnetofon podobnie jak wielu innych młodych ludzi.

Oglądając się za siebie widzę, że przynajmniej pierwsze trzy rzędy mają magnetofony.

Przemysław Gintrowski i Zbigniew Łapiński pojawiają się na estradzie. Pierwszy z gitarą w ręku siada z przodu, drugi siada przy fortepianie .

Gintrowski skupia uwagę. Blada cera, ostre rysy, czarna broda, twarz mistyka. Jego śpiew to krzyk, ale krzyk w którym słychać każde słowo, krzyk przenikający wszystko.
Większość piosenek z tego programu znam, słyszałem je rok temu w Piaście.
Niektóre są nowe. 17 września – pada tytuł. Brawa na sali, niczym Gintrowski zaczął śpiewać. Ten krzywi się żartobliwie i kręci głową. Po następnej piosence Witkacy, która kończy się motywem muzycznym z pieśni, z jaką Armia Czerwona wkraczała do Polski, Gintrowski mówi: „Przepraszam was bardzo, ale nie klaszczcie”.

Potem z nieznanych mi piosenek śpiewa Targ, to piosenka o rzeczywistości po Jałcie. Śpiewa ją z rozpaczą.
„Na dachach naszych domów posągi obcych bogów, przed nimi my w pokłonach na naszym własnym progu. Przeżyliśmy, to słowo z wszystkiego nas rozlicza. Dozorcy krzak nad głową zapędza nas do życia”

Publiczność rozgrzewa się. Atmosfera jak za czasów Solidarności. Oddychałem świeżym powietrzem prawdy.

Moją uwagę przyciąga Potęga smaku Zbigniewa Herberta. Herbert mówi tam o nowych władcach Polski „Zaiste ich retoryka była parciana. Marek Tulliusz obracał się w grobie. Łańcuchy tautologii, parę pojęć jak cepy. Dialektyka oprawców, żadnej dystynkcji w rozumowaniu. Składnia pozbawiona urody koniunktiwu”.

Leitmotivem wiersza jest „To wcale nie wymagało wielkiego charakteru. Mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi. Lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku, tak smaku, który każe wyjść, skrzywić się, wycedzić szyderstwo, choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała-głowa.”

Po skończonym koncercie powtarzam te słowa jak pacierz.

 

 


 

DOKTOR WOLFGANG FRANKE. WSPOMNIENIE. LATA 1982-1984

Był lektorem języka niemieckiego na czwartym i piątym roku studiów.
Miał wtedy ponad 60 lat.

W czasie wojny służył jako spadochroniarz w Wehrmachcie. Po wojnie został zagorzałym komunistą. Nie znałem powodów.

W czasie pierwszych zajęć doszło do starcia ideologicznego między nami.

Przyniósł fragment enerdowskiej powieści Nowe cierpienia młodego Wertera. Przeczytaliśmy a on zapytał, dlaczego młodzież z NRD jest taka bierna.

To proste, powiedziałem do kolegi siedzącego obok. W NRD panuje ustrój totalitarny,
Kolega powiedział to głośno po niemiecku.

Doktor Franke oniemiał, po dłuższej chwili zapytał:
– Czy pan uważa NRD za państwo totalitarne?
– Ależ tak.
Zarządził dłuższą przerwę Był przybity. Podszedłem do jego stolika.
– Pan źle zrozumiał mojego kolegę.
– Tak?

Wyraźnie się ożywił. Po czym wyjaśniłem mu na czym polega państwo i jakie cechy spełnia, a NRD je spełnia.

Byłem na świeżo po lekturze książki Hanny Arendt Korzenie totalitaryzmu.
Załamał się kompletnie. W Polsce w październiku 1982 roku spodziewał się normalizacji, a tu antykomunistyczni studenci.

Od tej pory zaczęła się ostra jazda.

Jak tylko powiedział słowo socjalizm lub komunizm, od razu reagowałem. Miał mnie serdecznie dosyć i potem bał się wypowiadać te słowa. Nasze dyskusje przeciągały się tak na godzinę i nie mógł zrealizować planu zajęć.

Na jesieni 1982 byłem na tyle bezczelny, by powiedzieć, że ZSRR upadnie za parę lat z powodów ekonomicznych. Nie myliłem się za bardzo.

To były ryzykowne teksty w owych latach.

Co mną powodowało? Po Sierpniu 1980 roku uznałem, że nie można tolerować kłamstwa w przestrzeni publicznej.

Mogłem mieć z tego powodu kłopoty. Nie miałem ich.

Raz tylko opiekunka roku, członek PZPR powiedziała mi, żebym nie denerwował doktora, bo to starszy człowiek.

Nie przestałem.

Żeby mu oddać honor muszę powiedzieć, że był to człowiek uczciwy. Za wypracowania dostawałem czwórki, na egzaminach też. Chwalił mój dobry styl.

Na piątym roku moje koleżanki przygotowały referaty na podstawie książek enerdowskich o historii krajów demokracji ludowej.

Były to same bzdury. Jedna z nich przeczytała o kontrrewolucji na Węgrzech w 1956.

Doktor Franke zapytał, czy ktoś z grupy ma coś do powiedzenia. Ja miałem, podniosłem rękę.

Powiedziałem: „Myślę, że Imre Nagy przewraca się teraz w grobie słysząc takie kłamstwa. Węgrzy wtedy chcieli odzyskać wolność”

Zaczęła się długa dyskusja, między innymi na temat Katynia.
– A przecież wie pan, że zrobili to Niemcy – powiedział.
– Pan doskonale wie, że zrobili to Rosjanie.

Był zrezygnowany. Od tej pory nie było żadnych referatów. Moja grupa była bardzo wdzięczna, no może nie dozgonnie, do końca piątego roku.

 

 


 

TEODOR PARNICKI. DOKTOR HONORIS CAUSA UJ 1983

Napisał dużo powieści historycznych. Miał dużą wiedzę historyczną na temat Rzymu i Grecji.
Był chodzącą encyklopedią.

Lubiłem jego powieści. Te pierwsze jak Srebrne orły były klasyczne i łatwe w czytaniu.

Później pisał łamigłówki trudne w czytaniu. Ale przeczytałem je w liceum i później.

Widziałem go tylko raz na UJ z okazji nadania mu tytułu doktora honoris causa.

Zasiadało szacowne grono profesorskie i doktorskie UJ.

Ja wtedy nie byłem nawet magistrem.

Na sali rektorskiej siedziały tylko dwie młode osoby, ja i jakaś młoda dziewczyna.

Teodor Parnicki podziękował za tytuł i powiedział, że dostał go kuchennymi drzwiami.

Grono zachowało powagę, śmiałem się tylko ja i ta dziewczyna.

W końcu pisarz zwracał się do mnie i dziewczyny. Nie wiem dlaczego. Na sali siedzieli inni mądrzejsi ludzie.

To dziwne, że ta studentka lubiła też jego powieści. To takie uprzedzenia, że dziewczyny są głupie. Niektóre są, inne nie.

Teodor Parnicki opowiadał inne anegdoty z przeszłości.

Telewizja nagrała z nim wywiad.

Ja nie śmiałem do niego podejść.

Moja wiedza historyczna była nikła.

Co ja mogłem mu powiedzieć?

Że czytałem jego powieści. To za mało.

Ale myślę, że mnie zapamiętał.

Był wybitnym historykiem i ten tytuł mu się należał.

 

 


 

JUWENALIA 1977

W zasadzie ich nie było. Miałem wówczas niespełna 18 lat, przyjechałem do Krakowa z mojego rodzinnego miasta. Mój brat studiował na AGH, kierunek inżynieria materiałowa.

Kilka dni wcześniej SB zabiła Stanisława Pyjasa.

Pamiętam atmosferę Krakowa z tamtych dni.

Była przygnębiająca. Studenci bojkotowali to święto, siedzieli na Rynku, palili ogniska.

Miasto było pełne pracowników i współpracowników SB.

Socjalistyczny Związek Studentów Polskich urządzał jakieś imprezy typu wybór najpiękniejszej studentki. Mało kogo to obchodziło

Byłem z bratem w kamienicy, gdzie zabito Pyjasa.

Potem poszliśmy do kina Uciecha na film Andrzeja Wajdy Człowiek z marmuru.

Zrobił na mnie duże wrażenie. Zwłaszcza te sady spod Nowej Huty niszczone przez traktory.

Wtedy w epoce Edwarda Gierka to było oddychanie prawdą, tych kilka oddechów dopuszczonych przez cenzurę. Film odważny jak na tamte lata.

Rozpowszechniany tylko w dużych miastach i nielicznych kinach.

Myślę, że w maju 1977 roku zakończyła się epoka Juwenaliów.

Potem były tylko próby wskrzeszania. Nieudane.

W pamięci miałem Juwenalia z maja 1975 roku. Radosna atmosfera, zabawa na Rynku, studenci idący z trumienką Polski len, bo była taka reklama w telewizji.

Brat odwiózł mnie na dworzec autobusowy.

Sam pojechał do Nowej Huty do Arki Pana.

Arcybiskup Wojtyła konsekrował tego dnia kościół.

Rok później został Papieżem i zaczęły się inne czasy.

On i inni to zmienili. Każdy miał swój wkład, duży lub mniejszy.

 

 


 

PRL. WYBORY I POCHODY PIERWSZOMAJOWE

To była groteskowa rzeczywistość podobna do tej ze sztuk Sławomira Mrożka.

Sama nazwa Polska Rzeczpospolita Ludowa wprowadzała w błąd. Ani polska ani rzeczpospolita ani ludowa. Republika ZSRR z dużą autonomią jak na kraje tak zwanej demokracji ludowej. Może Polska Autonomiczna Sowiecka Republika.

Zbigniew Herbert nazywał PRL prylem i miał rację.

Wybory były fikcją, kandydaci z Frontu Jedności Narodowej.

Wygrywali z 99,9 procentowym poparciem. Pewnie głosowali zmarli, umierający i duchy Lenina, Bieruta i Stalina.

Udział w wyborach był obowiązkowy. Za nieobecność groziły mniej lub bardziej nieprzyjemne konsekwencje.

Członkowie komisji wyborczej pukali wtedy do drzwi domu i pytali: Dlaczego obywatelu nie spełniłeś obowiązku wyborczego?

W wypadku odmownej odpowiedzi następowały odpowiednie adnotacje u władz i w SB.

Brałem udział w tym cyrku trzy razy. W 1976 roku nie bezpośrednio, niby straż harcerska kabin wyborczych. Był ze mną kolega z klasy. Sęk w tym, że obaj nie byliśmy wtedy harcerzami. On kiedyś zuchem, miał mundur z dziecięcych lat. To był rosły chłopak.

Wyrósł z niego. Wyglądał w nim jak Tytus z komiksu Tytus Romek i Atomek.

Ja pożyczyłem z kolei mundur ówczesnej organizacji Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej, do której nie należałem. Był na mnie z kolei za duży.

Wyglądaliśmy jak Flip i Flap. Ludzie zrywali boki na nasz widok.

Głosowali w fikcyjnych wyborach, wrzucali kartki do urn. Nawet nie zasuwali zasłon przy kabinach wyborczych. Czy by kogoś skreślili, zakreślili nie miało to żadnego znaczenia.

I tak ci wyznaczeni zostaliby wybrani.

Ze wstydem wyznaję, że brałem udział w wyborach w 1978 i w marcu 1980 roku.

Potem już nigdy do 1989 roku.

Podobnie było z pochodami pierwszomajowymi.

W szkole podstawowej i w liceum brałem w nich udział

Za nieobecność groziła obniżona ocena ze sprawowania lub coś gorszego.

W latach studenckich nigdy.

 

 


 

PISANIE

Pisanie to skreślanie czyli usuwanie zbędnych elementów. Jest jak rzeźbienie w kamieniu lub marmurze, nadanie rzeźbie określonego kształtu po odrzuceniu niepotrzebnych kawałków materiału.

Kiedy pisanie ma pewną wartość? Wtedy, gdy piszący staje się przeźroczysty dla czytającego. Jest tylko medium, przez które przechodzi światło, takim samym jak szkło, kryształ górski czy pryzmat. Światło może się rozszczepiać na różne kolory jak przez kryształ górski, pryzmat czy przez wodę jak przy tęczy. Kolory mogą być różne, ale źródło światła jest to samo.

Ważne, żeby piszący nie zasłaniał sobą opisywanego świata i opisywanych ludzi. Chodzi o to jedynie, by był świadkiem nie sędzią, żeby opisywał świat zgodnie z prawdą i stanem faktycznym bez przesadnego moralizowania.

Czytający jest lub bywa na tyle mądry, żeby dojść samemu do odpowiednich wniosków.

Nie potrzebuje być prowadzonym za rączkę jak dziecko. Większość czytających niezmiernie to irytuje i przestają czytać daną rzecz.

Pisanie nie powinno być za bardzo hermetyczne i za bardzo skupione na osobie autora. Przeciwnie powinno być otwarte na ludzi, zwłaszcza na ich cierpieniu. Powinno zawierać to, co w buddyzmie nazywa się współczuciem a w chrześcijaństwie miłosierdziem, z tym, że powinny one wynikać z opisu a nie wyrażane wprost jako teza.

Tak rozumiem pisanie, ale to nie znaczy, że ktoś inny nie może być odmiennego zdania.

 

 


 

SŁAWOMIR MROŻEK

Widziałem go dwa razy. Raz w Krakowie. Raz w Warszawie na targach książki udało mi się z nim krótko porozmawiać.

Było to w Pałacu Kultury imienia Józefa Stalina.

Była długa kolejka tak długa jak kolejka w PRL-u w sklepie mięsnym lub meblowym. Było duszno.

Sławomir Mrożek siedział i podpisywał swoje książki.

To był chyba 2001 rok, więc miał ponad 70 lat.

Współczułem mu.

Miał na sobie szelki.

Po długim staniu nadeszła moja kolej.

Poprosiłem go o szczególną dedykację.

„Były miłośnik kwiatowego corso w Nicei obecnemu miłośnikowi corso”

Uśmiechnął się pod wąsem, ale nie podpisał.

Wytłumaczył mi, że ma umowę z wydawcą jego książek, która pozwala mu jedynie na złożenie autografu.

Przyjąłem do wiadomości jego argumenty.

Kontekst historii był taki, że Mrożek napisał artykuł w latach pięćdziesiątych w Dzienniku Polskim o kwiatowym corso w Nicei. Coś w tym rodzaju, że Trzeci Świat głoduje a ci wstrętni kapitaliści się bawią.

Mieszkał wówczas w Domu Literatów na Krupniczej tak samo jak Stefan Kisielewski.

Ten lekko na bani spotkał go i zapytał:

– Był pan w Nicei?
– Nie.
– To co pan pierdoli.

Mrożek zapamiętał tę lekcję na całe życie i był za nią wdzięczny.

Ja z kolei jestem wdzięczny autorowi za autograf.

„Bogdanowi Sławomir Mrożek”.

 

 


 

KŁAMSTWO DAWNIEJ A DZIŚ

Marianowi Sworzeniowi ten niezdarny szkic poświęcam

Za PRL-u kłamstwo było bardziej przejrzyste niż dziś. Obowiązywała jedna zasada. Wszystko trzeba było czytać na wspak. Jak pisali czarne, to znaczyło białe. Jak zdrajca, to bohater.

Komunizm był systemem totalnego kłamstwa.

Wyzwolenie było zniewoleniem. Bolszewicy tak naprawdę nie byli w większości, a mienszewicy w mniejszości.

Zniewolenie komunistyczne polegało na zmianie znaczenia słów.

Cenzura w PRL-u przyzwyczaiła ludzi do czytania między wierszami, a teksty literackie i kabaretowe uczyły rozumienia języka ezopowego.

Kłamstwo komunistyczne było powiązane z przemocą. Przybierała ona różne formy.

Więzienie, przesłuchania z torturami lub bez, utrata pracy.

Życie wtedy zmuszało ludzi do dwójmyślenia.

Innego języka używano publicznie, innego prywatnie.

Prowadziło to do pewnego rodzaju schizofrenii. Biedni ludzie musieli się poruszać między światem realnym a ideologicznym.

Niektórzy ludzie wchodzili w świat kłamstwa. Powody były różne. Koniunkturalne, materialne, wyjazdy zagraniczne, kariera.

Komunizm potrzebował współsprawców jak każdy ustrój totalitarny.

Teraz kłamstwo przybiera inną, bardziej perfidną formę.

Nie morduje się ludzi za inne poglądy polityczne.

Niszczy się ich medialnie, odbiera się im wiarygodność. Mają też wyroki sądowe za mówienie prawdy o przeszłości.

Jest jedna rzecz wspólna z ustrojami totalitarnymi. Mowa nienawiści.

Żydzi przenoszą wszy i tyfus za Hitlera. W polskich mediach obecnie katolik staje się „katolem”, „oszołomem”, „moherem”. Patriota faszystą lub nacjonalistą.

Zadaję sobie pytanie, czy to buduje tolerancję. Ludzie, w których nie ma żadnej tolerancji, oczekują jej dla siebie

Wracając do PRL-u. Ludzie pióra i tak zwani artyści za współudział w tamtym kłamstwie korzystali z licznych przywilejów.

Obecnie ludzie pióra mogą dostać stypendia zagraniczne, głównie niemieckie za opluwanie polskości.

Do napisania tego szkicu zainspirował mnie pan Marian Sworzeń, jego książka „Czarna ikona – Białomor” omówiona na spotkania Krakowskiego Klubu Wtorkowego.

 

 


 

IMPRESJA KRAKOWSKA

4 października 1991.

Słońce już zaszło za horyzont zostawiając po sobie żółtą łunę tak, jakby malarz naniósł intensywną żółć na płótno nieba.

Taką żółć można zobaczyć tylko jesienią.

Potem kilka lub kilkanaście minut później nadszedł zmrok.

Jedynym źródłem światła było żółte niebo. Ta żółć bledła.

Szedłem Plantami koło Uniwersytetu.

Przecinałem właśnie ulicę św. Anny i spojrzałem w górę na zarys kościoła.

Wyglądał niesamowicie oblany gasnącą żółcią słońca, którego już nie było,’

Zmrok, zapalające się lampy, zażółcony kościół na tle wieczornego błękitu nieba.

 

 


 

 

STARA KOBIETA

4 maja 1991. Kraków

Widzę ją codziennie. Stoi na kulach w bramie. Niska staruszka w okularach o twarzy żaby.

Ubrana niezmiennie w czarny wełniany płaszcz sięgający jej do ogromnych butów, zbyt dużych jak na jej wzrost. Wygląda w nich jak kaczka.

Widzę ją codziennie, jak stoi w bramie, albo jak z uporem przemierza parę metrów tam i z powrotem, nie zwraca uwagi na ludzi spieszących na przystanek tramwajowy.

Widzę ją codziennie, jak wracam Karmelicką do domu, jak zawsze skręcając na prawo w ulicę Batorego, potem w lewo w ulicę Sobieskiego, by po przejściu tej krótkiej ulicy skręcić na prawo w ulicę Siemiradzkiego.

Idę tą drogą codziennie i jest to dłuższa droga niż te parę metrów staruszki.

Ale w moim chodzeniu nie ma niczego szczególnego, z mojego chodzenia nic nie wynika.

O wiele bardziej intensywne, bardziej znaczące jest te kilkanaście kroków staruszki na kulach, robionych wbrew starości, wbrew niewielu dniom, tygodniom, miesiącom, jakie zostały z jej życia.

 

 

 


 

CHARLES AZNAVOUR
JESZCZE WCZORAJ – HIER ENCORE

Jeszcze wczoraj miałem dwadzieścia lat
Czas przeciekał mi przez palce
Bawiłem się życiem i miłością
Żyłem nocą nie licząc dni
Które mknęły przed siebie
Budowałem zamki na lodzie
Moje nadzieje rozwiały się jak dym
Z głową w obłokach i ciężkim sercem
Zagubiłem się nie wiedząc dokąd pójść

Jeszcze wczoraj miałem dwadzieścia lat
Ścigałem się z czasem myśląc, że go zatrzymam
Biegłem przed siebie zdyszany
Nie myśląc o przeszłości i przyszłości
Potrafiłem mówić tylko o sobie
I krytykować wszystko dookoła

Jeszcze wczoraj miałem dwadzieścia lat
I traciłem czas na szaleństwa, po których
zostały zmarszczki i lęk przed nudą
Z moich miłości nie zostało nic
Przyjaciele odeszli i już nie wrócą
Wokół siebie czuję tylko pustkę
Zmarnowałem moje życie i moje młode lata
I już nie umiem się śmiać ani płakać

I sam teraz nie wiem, gdzie podziały się moje młode lata

(1964)

(W przekładzie Bogdana Łyżwy)

 

 


 

CHARLES AZNAVOUR. WSPOMNIENIE POŚMIERTNE

Bywał w Polsce wiele razy. Lubił tu występować, lubił Polskę i Polaków Raz, jak kiedyś wspominał występował za darmo.

Nie dane mi było zobaczyć Go na żywo.

Miałem szansę obejrzeć go w Łodzi w 1979, ale była zima stulecia. Co gorsza przyjaciel nie kupił dla mnie biletu na jego koncert.

Drugi raz w sierpniu 1984 zawiodła przybrana córka mojego zmarłego sąsiada, która mieszkała w Sopocie.

Trzeci raz zawiodła Łódź w 2014. Organizatorzy przenieśli koncert do Warszawy.

Zamówiłem pokój w hotelu niedaleko hali Arena. Hotel nie raczył mi zwrócić pieniędzy za niewykorzystany nocleg.

Odbył się później w Warszawie w Sali Kongresowej. Nie mogłem pojechać na ten koncert, bo nie znalazłem opiekunki dla mojej Mamy.

Przesłałem bilet przyjacielowi.

Wracając do Aznavoura. Łączył w sobie dwie rzadkie cechy. Był dobrym człowiekiem i artystą. Nie był skupiony tylko na sobie.

To on jedynie pomagał Edith Piaf, kiedy umierała i była bez pieniędzy.

Pomagał Armenii po trzęsieniu ziemi.

Był człowiekiem bardzo pracowitym. Codziennie pisał piosenki.

Mam zbiór jego piosenek po francusku, liczy koło 600 stron czyli napisał ich kilka tysięcy

Występował w zaawansowanym wieku, nawet po 90-tce.

Nie miał łatwego życia. Na początku jego kariery krytyka niszczyła go bezlitośnie.

Został Napoleonem francuskiej piosenki.

Nie poddał się. Język jego piosenek jest mistrzowski. Wykonanie też. Do swoich piosenek pisał też muzykę.

W języku polskim świetne są tłumaczenia Wojciecha Młynarskiego i Jerzego Menela.

Jego śmierć napawa mnie melancholią.

Obecna piosenka francuska nie napawa mnie zachwytem.

Gwiazdy i gwiazdeczki jednego sezonu.
Nie żyją też ci doskonali tłumacze, Wojciech Młynarski i Jerzy Menel.

Kto więc przetłumaczy piosenki zmarłego Aznavoura na polski?

Ja nie, bo nie mam talentu wspomnianych tłumaczy.

Ale może ktoś się znajdzie?

Drogi Charles spoczywaj w pokoju!

 

 


 

 

POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA

Kiedyś była cenzura, teraz jest poprawność polityczna.

Z perspektywy czasu nie wiem, co gorsze.

Cenzura miała swój kodeks, polityczna poprawność ma swój.

Obie cenzury mają lewicowy rodowód i podobne zakazy.

Za komunizmu w PRL nie wolno było pisać o Katyniu, w RFN teraz nie wolno pisać źle o imigrantach. Ani słowa o molestowaniu kobiet, o gwałtach na nich.

Za moich czasów nie wolno było pisać o gwałtach Armii Czerwonej na Polkach i Niemkach.

To było tabu.

Armia Czerwona przyczyniła się do zwiększenia populacji niemieckiej.

Stąd tam tyle chłopców i dziewcząt o imionach rosyjskich.

Dobrze, że rodzice nadali mi imię Bogdan, a nie Borys czy Iwan.

Teraz pani kanclerz Angela Merkel ma podobną koncepcję powiększania ludności, tym razem bez Armii Czerwonej .

Pani kanclerz wywodzi się przypadkowo z bardzo wolnościowej organizacji Freie Deutsche Jugend z NRD. Zajmowała się w FDJ propagandą i kulturą. Oczywiście czysto przypadkowo i oczywiście społecznie. Przypadkowo zna bardzo dobrze język rosyjski.

Jako germanista śledzę niemieckie media. Nie widzę tam wolności mediów.

Wszystko nastrojone na jedną nutę.

Te media widzą tylko dwa zagrożenia, Polskę i Węgry. Innych widocznie nie ma.

Poprawność polityczna zakłada na usta knebel. Nie wiem, czy nie gorszy niż cenzura komunistyczna.

Terminologia tej poprawności przypomina mi bolszewicką propagandę.

Zamiast słowa „kułak” używa się słowa prawicowy ekstremista. Lewicowych pewnie nie ma.

Polityczna poprawność rozmiękcza mózgi ludziom w Europie.

Chodzi o to, żeby ludzie przestali widzieć i oceniać realistycznie, lecz przez okulary politycznej poprawności.

Sowieckie filmy i prasa miały ten sam cel.

W języku NSDAP nazywało się to ujednolicenie „Gleichschaltung”.
Urawniłowka po rosyjsku.

 

 


 

STARE KOBIETY W SZPITALU

Całe ich życie to badania, posiłki, leki i oczywiście czekanie na odwiedziny rodziny lub krewnych.. Życie w szpitalu jest bardzo monotonne. Co dzień ta sama rutyna.

Monotonię przerywają rozmową z ludźmi odwiedzającymi inne pacjentki, telewizją. Oglądają telewizję głównie teleturnieje i seriale. Wiadomości raczej nie. Ciekawi je bardziej realne życie na zewnątrz, polityka nie.

Życie na zewnątrz jest tym samym dla nich co wolność dla więźniów. Czekają w napięciu na decyzję lekarza w sprawie operacji lub wypisu.

Te zawożone na operację mają niepewność w oczach, czy wrócą tu czy nie. Nigdy nie pytałem pozostałych pacjentek o los tamtych. Zresztą kobiety pozostałe najczęściej tego nie wiedziały. Kobiety po operacji mogły umrzeć lub równie dobrze zostać przeniesione na inny oddział.

Te pozostałe na sali czekają w napięciu na decyzję o wypisie. A jak już ją znają, liczą dni do wypisu podobnie jak żołnierze na zwolnienie do cywila.

I tak mija dzień za dniem, badania, posiłki, leki.

Przy badaniach goście są wypraszani z sali, przy posiłkach nie. Rodzina może karmić pacjentkę.

Pielęgniarki mają zalecenia od lekarza, jakie posiłki podawać. Zwijają się jak w ukropie. Jest ich za mało na jeden oddział.

W międzyczasie ktoś z rodziny przychodzi z prośbą o zmianę pampersa lub odłączenie od kroplówki. Przychodzą też pacjenci z różnymi pretensjami, urojonymi lub prawdziwymi.
Ja w czasie tych odwiedzin Mamy, byłem cierpliwy, spokojny i uprzejmy. To było bardziej skuteczne od krzyku.

Najgorsza jest chwila, kiedy człowiek przychodzi do sali i widzi puste łóżko lub dostaje telefon ze szpitala z informacją o śmierci bliskiej osoby.

Kończy się maraton odwiedzin, a w sercu i domu pozostaje pustka.

 

 


 

KOBIETY Z ZAKŁADU OPIEKUŃCZO-LECZNICZEGO

Moja Mama spędziła tam ostatni tydzień życia z lewą nogą obciętą powyżej kolana. Jest to miejsce, które ludzie nazywają umieralnią. Leżą tam ludzie w stanie terminalnym, którym medycyna nie może już pomóc. Ich rodziny nie są w stanie się opiekować nimi, w rzadkich przypadkach nie chcą.

Na sali numer 3 tuż przy oknie leżała moja Mama, dalej były lóżka dwóch innych pań. Naprzeciw była łazienka, za nią łóżko czwartej i głośny telewizor. Należał do pani, która się nie odzywała. Potem dowiedziałem się, że po udarze nie mogła mówić.

Rozmawiałem więc tylko z dwiema paniami leżącymi obok Mamy. Poznałem historię ich chorób tak nie do końca i sytuację rodzinną.

Jednej z nich trzęsły się ręce.
– Cierpi pani na chorobę Parkinsona?
– Tak.

Odtąd przy pożegnaniu za ich pozwoleniem dotykałem ich czoła i rąk.
Mówiłem przy tym: „Nie jestem Jezusem Chrystusem i nie uzdrowię pań. Jestem niestety tylko grzesznym człowiekiem”.

Tej z Parkinsonem dłużej potrzymałem drżące dłonie. Powiedziałem: „Na tę chorobę cierpiał też Jan Paweł II do końca życia”.

Wiem – powiedziała.

Po co opowiadam tę historię? Jest to banalnie proste. Niestety tych banalnych prawd nie rozumieją lekarze. Leczenie to nie tylko przepisanie leków. Chemia nie uleczy żadnego człowieka. Leczy najbardziej życzliwość, zainteresowanie pacjentem, serdeczny stosunek do niego.

Pacjenci na wszystkich oddziałach umierają nie tylko z powodu chorób. Umrą na nie wcześniej czy później.

Umierają wcześniej, bo nikt się nimi nie interesuje. Ani rodzina ani przyjaciele ani znajomi. Nie widzą więc żadnego sensu, by żyć dalej. Po co? Dla kogo?

Moja rada dla ludzi, którzy czują się z jakiegoś powodu nieszczęśliwi. Nie mają samochodu, a jak jeden, jak dwa, to dlaczego nie trzy? Jak jedna kochanka, to dlaczego nie więcej? A co gorsza tylko jedna żona i to wredna.

Moja rada dla tych ludzi: Pojedźcie do ZOL-u i porozmawiajcie z pacjentami. Po wizycie zrozumiecie, że tak naprawdę jesteście szczęśliwi i niczego wam nie brak.

 

 


 

STAROŚĆ MATKI

                                                                                                                                                                                                                                                                    Pamięci mojej zmarłej Matki Henryki Łyżwy poświęcam

O starości napisał Brel tylko krótką piosenkę pod tytułem Starzy ludzie po francusku Les vieux. I zawarł w niej więcej niż inni w grubych tomach czyli uchwycił istotę starości. Inni ledwie ją musnęli. To był najczęściej załącznik do starości.

Piosenka Brela jest o starzeniu się jego rodziców, szczególnie o starzeniu się jego ojca.
Starość, jaką widziałem u mojej Matki to kurczenie się jej świata dokładnie tak jak w piosence Brela: „Tak skurczył się ich świat, że nie ruszają się zbyt wiele zwłaszcza że przy oknie zaśnie się, spać można byle gdzie”.

To kurczenie następuje powoli, niedostrzegalnie lecz nieuchronnie. Więc najpierw były to spacery pod rękę do parku. Te spacery były długie najpierw do fontanny potem do kapliczki Maryi z dwieście metrów dalej.

Przy fontannie siadaliśmy na ławce pod wierzbą. Mama patrzyła na kwiaty, drzewa, wdychała świeże powietrze przesycone zapachem drzew i kwiatów.
Mama cieszyła się, jak zobaczyła znajomą osobę i mogła z nią dłużej porozmawiać.
Była spragniona rozmów z ludźmi. Do mojego powrotu z Anglii latem 2008 roku siedziała głównie w domu, bo ani bratu ani siostrze nie przyszło do głowy zaprowadzić ją na spacer. Sama nie mogła, bo była po dwóch udarach i mogła się zagubić.
Niektórzy sąsiedzi myśleli nawet, że Mama umarła, bo dawno jej nie widzieli.

Po odpoczynku przy fontannie szliśmy bocznymi alejkami do kapliczki Maryi. Siadaliśmy na ławce pod kapliczką, odmawialiśmy krótką modlitwę, ja zapalałem znicz w jej intencji.
Siedzieliśmy, rozmawialiśmy lub milczeliśmy. Wracaliśmy do domu boczną alejką z nierównymi chodnikami z czasów Władysława Gomułki. Trzymałem Mamę mocno za rękę, żeby się nie potknęła.

Ta idylla, najpiękniejszy czas z Mamą, trwała chyba kilka lat. Potem było jak w piosence Brela, oczywiście nie w szczegółach: chodzik po domu, wózek inwalidzki na spacery, w ostatnich miesiącach życia leżenie w łóżku.

Dane nam były jeszcze dwa lata spacerów po parku w wózku inwalidzkim. To była skomplikowana operacja. Wynosiłem wózek na dwór, potem sprowadzałem Mamę na dół, trzymała się poręczy. Na szczęście mieszkaliśmy na parterze, było niewiele stopni do zejścia.
Wtedy zrozumiałem, jak dużym wysiłkiem dla starego człowieka jest każdy ruch.

Sadzałem Mamę na wózek i odbywaliśmy długi spacer po parku. Potem powrót do domu i męczące wchodzenie po schodach do mieszkania.

Mama poza ostatnimi paroma miesiącami życia nie spała ani leżała w ciągu dnia. Kładłem ją spać koło 21.30. Oglądała telewizję. Wieczorem telewizję Trwam na koniec Apel Jasnogórski.

Lubiła piosenkę Eleni Dobranoc Maryjo. Śpiewała ją razem z nią.

Bawiła ją też piosenka Wesołe jest życie staruszka z Kabaretu Starszych Panów. Z pamięci potrafiła zaśpiewać z dwie zwrotki.

Na koniec było też jak w piosence Brela: „Nie umierają, nie, lecz zapadają w sen, którego końca brak”.

Powolne odchodzenie bliskiej osoby, a nie ma bliższej jak Matka, jest jak operacja na żywym sercu bez narkozy.

W czasie ostatnich miesięcy życia niewiele się mówi, bo co można powiedzieć? Rozmawia się tylko spojrzeniami. Zostaje tylko język oczu. W nich jest wszystko. Każde słowo jest zbędne.

„Nie mówią prawie nic, bezradnie patrzą w krąg wyblakłym wzrokiem swym”.

 

 


 

BEZRADNOŚĆ

Człowieczeństwo można mierzyć różną miarą. Stosunkiem do bliźniego, miłosierdziem lub brakiem miłosierdzia, miłością lub nienawiścią. Miarą człowieczeństwa jest też odnoszenie się do zwierząt czyli do naszych braci mniejszych. Okrucieństwo lub opieka nad nimi.
Ja bym jeszcze dodał jedną miarę: stosunek do bezradności.

Im więcej mamy lat tym bardziej uświadamiamy sobie rozmiar naszej bezradności.
Stajemy się z czasem bezradni wobec naszych chorób, chorób naszych bliźnich, przyjaciół, znajomych, na koniec wobec ich śmierci.

Niewiele możemy dla nich zrobić. Uderzamy głową w mur. Ani ich nie uleczymy ani nie wskrzesimy. Nie pomogą nam w tym żadne pieniądze ani żadni lekarze.
Możemy się tylko pomodlić i liczyć na Opatrzność.

Niewiele w życiu możemy, ale może właśnie dużo możemy. Na przykład uśmiechnąć się do kogoś lub pocieszyć, gdy jest smutny. Porozmawiać z nim życzliwie.

Na innych ludzi otwierają nas nasze choroby, cierpienia duchowe i odejście najbliższych.
Wtedy rozumiemy ich lepiej.

Gdy wiedzie nam się dobrze materialnie lub zdrowotnie, popadamy w pychę. Tak właściwie tracimy kontakt z bliźnimi.

Jednak życie przywołuje nas wcześniej lub później do porządku.

Uczymy się najtrudniejszej lekcji. Lekcji pokory.

21 sierpnia 2018

 

 


 

POLSKA W MEDIACH NIEMIECKICH

Szkic ten poświęcam Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Polska obecnie w tych mediach przypomina Niemcy za Adolfa Hitlera. Nim jest oczywiście Jarosław Kaczyński, wcielenie Führera.

Führer przy nim to niewiniątko, choć wymordował wiele milionów Żydów.

Jarosław Kaczyński prześladuje teraz wszystkich bez wyjątku z wyjątkiem Żydów.

Głównie sędziów z powodu ich wieku emerytalnego i ich postkomunistycznej przeszłości.

Media niemieckie osiągają mistrzostwo świata w tworzeniu negatywnego wizerunku Jarosława Kaczyńskiego.

Świadomie lub nieświadomie podążają śladami ich własnej propagandy z lat 30. i 40-tych.

Joseph Goebbels przewraca się z uciechą w grobie.

Jak więc prezes PiS-u jest przedstawiany w mediach niemieckich? Jako złośliwy karzeł pełen kompleksów i oczywiście pełen nienawiści.

Jego głównym zajęciem jest niszczenie demokracji w Polsce. W żadnym przypadku praca dla dobra kraju.

Stary kawaler mieszkający w skromnym mieszkaniu na Żoliborzu.

Jest wielkim patriotą i katolikiem, a to są grzechy główne w oczach Niemców.

 

 


 

ANGLIA. 2005-2008. WSTĘP DO SZKICÓW.

Trudno opisać Anglię, bo jest nieopisywalna jak obca planeta. Brak adekwatnego języka. Kategorie językowe z naszego świata nie pasują do ich świata. Mówiąc w przenośni inna atmosfera, inne ciążenie.

Nawet podstawowe pojęcia znaczą coś innego u nich, coś innego u nas.

Anglia jest wyspą. Tego banału nie rozumieją Europejczycy. Europa to dla nich kontynent, oni są wyspą i nie czują się częścią kontynentu. Oni są wyspą i Anglią.
O Europejczykach mówią ci cholerni Europejczycy „those bloody Europeans”. Gdybym nie słyszał tego na własne uszy, to bym nie uwierzył.

Anglicy mają paradoksalną mentalność. Z jednej strony duża tolerancja i życzliwość wobec obcych, z drugiej strony zachowują dystans wobec siebie samych i obcych.
W pewnym sensie są zamknięci jak w konserwie i pływają we własnym sosie. Mają tradycje, obyczaje, przyzwyczajenia, które trudno zrozumieć komukolwiek z Europy.

Tam wszystko jest inne niż na kontynencie. Kuchnia, ruch drogowy, domy, domki. Te ostatnie są na poziomie chodnika. Idąc chodnikiem można zajrzeć do okna.
Drewniane domki z kominem na dachu mają przynajmniej kilkaset lat. Trudno zrozumieć ludziom z Europy, gdzie kolejne inwazje i wojny niszczyły wszystko w perzynę, nie zostawały nawet ruiny.

A tam jest coś w rodzaju dobrze zachowanego skansenu, bardzo stare kościoły, ruiny klasztorów, domy, które wynajmował lub w których mieszkał Szekspir.

Anglicy w pewnym sensie są niewolnikami ich tradycji, zwyczajów, przyzwyczajeń.
Na przykład buty sznuruje się od góry. Widziałem kiedyś, jak mój szef Chris kupował buty w Berlinie. Przymierzył je a potem bardzo szybko przesznurował.

To samo było ze śniadaniami. Musiały być w stylu angielskim. Jajecznica wymieszana z czymś innym. Obrzydlistwo. Proponował mi to, ale ja uprzejmie odmawiałem.

Anglicy mają swoje doświadczenia historyczne, zachodnioeuropejskie czy środkowoeuropejskie mało ich obchodzą. Zwłaszcza że kiepsko znają historię własnego kraju.
Na czym opiera się ich tożsamość narodowa, trudno mi powiedzieć. Trzy lata pobytu to za krótki czas, by to zrozumieć.

Polubiłem ich. Mimo pewnej obcości były rzeczy wspólne między nimi a mną. Dystans do samego siebie i samych siebie, wspólne poczucie humoru, takie samo podejście do odpowiedzialności i uczciwości.

Codzienny kontakt z nimi był raczej przyjemny. Nie doznałem od nich najmniejszej przykrości z powodu tego, że byłem Polakiem. Przeciwnie byli dla mnie życzliwi i pomocni.
Na co dzień nie widziałem w nich agresji.

We wszelkich urzędach, bankach byłem traktowany z życzliwością. Nie słyszałem ani jednego przykrego słowa z powodu mojego akcentu.

Wszelkie urzędy, przychodnie, banki to były stare skromne budynki. Doznałem szoku po powrocie do Polski. Wszystko było kosztowne, marmury i tak dalej. Wystawność bizantyjska i chamstwo urzędników w stylu sowieckim. Byłem traktowany jak śmieć, w Anglii będąc cudzoziemcem jako człowiek.

 

 


 

THETFORD 2005-2008.

Szkic pierwszy.

Miasteczko położone we Wschodniej Anglii w hrabstwie Norfolk. Nazwa trudna do wymówienia jak dla cudzoziemca Szczebrzeszyn. Język można przy „th” wypluć lub połamać.

Mojego szefa bawiła zawsze moja staranność z jaką wymawiałem tę nazwę. Żartowałem z niej zawsze, gdy wracaliśmy z podróży służbowych z Niemiec „Deszcz nigdy nie pada w Thetford”. Chris śmiał się, bo oczywiście deszcz zawsze tam padał niezależnie od pory roku.
W Anglii nie ma zimy. Po lecie nastaje tam długa pora deszczowa niezbyt chłodna, coś jak polskie ciepłe przedwiośnie.

Thetford liczyło wówczas ponad 20 tysięcy mieszkańców, najwięcej rdzennych Anglików, drugie miejsce zajmowali Portugalczycy, trzecie Polacy, na dalszych miejscach Rosjanie z Litwy i krajów nadbałtyckich byłego ZSRR.

Polacy wtopili się bez trudu w miejscową społeczność, nie stwarzali większych problemów. Pracowali ciężko i dobrze. Miejscowe agencje pracy tymczasowej chętnie zatrudniały Polaków, większość z nich przechodziła potem na stałą umowę z pracodawcami.
Z Rosjanami bywało różnie. Po pracy ponosił ich temperament a la bracia Karamazow. Nie były to częste przypadki. W zasadzie nie widywałem ich zbyt często w sklepach i pubach.
Mieli jeden sklep w centrum miasteczka. Był to sklep litewski, ale słyszałem tam głównie język rosyjski. Oczywiście udawałem, że go nie rozumiem. Wpadałem tam, by kupić ciemny chleb wileński. Był smaczny i długo zachowywał świeżość.

Był też sklep polski z białym chlebem z polskiej piekarni. Mało wędlin, wszystkie foliowane. Poza tym konserwy mięsne..

Poza centrum były małe sklepiki prowadzone przez ludzi z wszelkich byłych kolonii brytyjskich i oczywiście TESCO, poza tym ALDI z kiepskim asortymentem towarów.

Postkolonialne sklepiki na obrzeżach miasta przypominały domki stróżów nocnych na polskich budowach. Polskie sklepy Gminnej Spółdzielni za PRL-u miały o sto procent lepszą jakość, były solidne i najczęściej murowane. Tamte przypominały domy lalek, ale były tak niechlujne, że żadna z dziewczynek nie chciałaby się nimi bawić. Nawet mało sprawny karateka w parę minut rozwaliłby te mizerne konstrukcje.

Anglia ma tak wiele twarzy, że można się w nich pogubić. Jak się jako tako rozumie język, to się trochę rozumie, ale to jest powierzchowna wiedza.

Anglia jest społeczeństwem klasowym lub kastowym jak w Indiach. Jest klasa pracująca, klasa średnia i elita. Wszyscy siebie szanują, ale między tymi klasami są nieprzekraczalne granice. Stanowią je wykształcenie i język, jakiego się używa.

Trudno to zrozumieć komuś z Polski. Mnie to też zajęło kilka dobrych miesięcy. W Polsce ludzie używają mniej więcej tego samego języka niezależnie od regionu. W pewnym uproszczeniu nazwę go poprawnym literackim polskim.

W Anglii tego nie ma. Każdy mówi innym językiem zależnie od miejsca pochodzenia i rodzaju wykształcenia. Po tym się poznają i to decyduje o ich randze.

Cudzoziemcy mało z tego rozumieją.

Te różne klasy mieszkają w różnych dzielnicach. Ja mieszkałem jako przybysz w dzielnicy klasy pracującej. Domki z angielskiej cegły, takiej brudno-brązowej, domki budowane z drewna i dykty przez fabryki domów. Drobna niedyspozycja żołądkowa mogłaby zniszczyć te domy. Są też domy klasy średniej, bardziej solidne. Posiadłości elity angielskiej widziałem tylko z okna autobusu. Nigdy nie otarłem się o elitę angielską. Za wysokie progi…

 

 


 

CAMBRIDGE

Położone było jakieś 50 kilometrów od Thetford. To było 40 minut jazdy koleją i godzinę i dziesięć minut jazdy autobusem. Jeździłem tam w każdą sobotę i wracałem pod wieczór. Chodziłem po księgarniach i antykwariatach, wpadałem na piwo do pubów.
Najpiękniejsze w Cambridge były stare budynki i kościoły uniwersyteckie. Od stacji kolejowej szedłem do centrum z 20 minut pieszo. Po drodze mijałem nowe budynki uniwersyteckie. Nie różniły się zbyt wiele od tych polskich, a w zasadzie polskie miały lepszą klasę.

Cambridge to małe miasto, miejscami prowincjonalne. Dworzec autobusowy nie lepszy niż w moim rodzinnym mieście.

W pociągu można było spotkać ludzi wszelkiej narodowości i wszelkiego koloru skóry.
W pubach i pizzeriach pracowały Polki. Angielki znały takie słowa jak szklanka lub nazwa piwa Tyskie, które wymawiały jako Tyski.

Pociąg składał się z paru małych wagonów. Po drodze widziałem okoliczne lasy. Rosły tam karłowate drzewa iglaste. Były też pola polewane wodą.

W Cambridge nie udało mi się z nikim dłużej porozmawiać z wyjątkiem zdawkowych rozmów.

Raz tylko miałem ochotę porozmawiać w pubie uniwersyteckim z młodymi ludźmi, którzy być może byli studentami. Rozmawiali o języku niemieckim i mieli o nim kiepskie pojęcie, wymowę jeszcze gorszą. Nie utrzymaliby się nawet przez semestr na krakowskiej germanistyce.

Anglicy nie mają talentu do języków obcych i nie muszą, bo cały świat mówi po angielsku.
Zwykle sam jeździłem do Cambridge. Moich rodaków nie interesowało to miasto, poza tym szkoda im było pieniędzy na takie podróże. Mieli na utrzymaniu żony i dzieci w Polsce.

Byłem tylko raz z córką koleżanki ze studiów. Była pochodzenia niemiecko-polskiego. Ojciec był Niemcem, matka Polką. Mówiła dobrze po polsku z silnym akcentem niemieckim.

Przyleciała do Anglii na kurs angielskiego. Moim zdaniem niepotrzebnie, bo mówiła dobrze po angielsku.

Bileter w kasie zdziwił się: „To córka czy przyjaciółka?”- zapytał. „Córka koleżanki” – odpowiedziałem.
Zwykle nasze rozmowy były lakoniczne. Widząc mnie pytał „Daily return to Cambridge?”, czyli bilet dzienny w dwie strony do Cambridge.

W czasie jazdy do Cambridge dużo rozmawiałem z Anną po polsku. Schodziliśmy je całe. Bardzo jej się spodobało to miasteczko. Zrobiła mi zdjęcie w jakimś parku lub ogrodzie.
Po powrocie do Niemiec powiesiła to zdjęcie w dużym formacie w swoim pokoju.

Następnego dnia wcześnie rano odwiozłem ją na autobus.

Nie potrafię oddać słowami piękna zabytków Cambridge. To miasto miało dla mnie bajkową atmosferę. Będąc tam przenosiłem się w inną rzeczywistość.
Dość wiernie to miasto pokazane jest w mini serialu z 2003 roku „Szpiedzy z Cambridge”.

 

 


 

PORTUGALCZYCY W THETFORD

Byli dominującą mniejszością narodową w Thetford. Wstąpili wcześnie do UE. Szybko nauczyli się korzystać z zasiłków socjalnych. Sprowadzali swoje rodziny i latami żyli jako bezrobotni.

Kupowali domki, przejmowali sklepy. W Thetford był jeden portugalski pub w rynku i sklep na obrzeżach miasta, chyba jeszcze jeden w centrum. Dużo z nich mieszkało w centrum miasta.

Osobiście znałem dwóch. Jeden z nich był z zawodu architektem, ale pracował przy taśmie produkcyjnej w firmie, gdzie ja pracowałem w biurze. To była zabójcza monotonna praca. Przez osiem godzin podawał świetlówki do powlekania teflonem. Nie pamiętam jego imienia.
Mówił tak sobie po angielsku. Lubiłem go. Opowiadał mi dużo o Portugalii. Zrozumiałem powody, dla których opuścił swój kraj na kilkanaście lat, by doczekać do emerytury. W Portugalii była duża korupcja, wysokie bezrobocie i mafijne układy. Powiedziałem mu, że w Polsce jest podobnie z tą różnicą, że rządzą postkomuniści. Tam rządzili tak zwani socjaliści.

Drugi Portugalczyk miał na imię Bartłomiej. Pochodził z jakiejś wioski koło Porto. Mówił tak okropnie po angielsku, że z trudem mogłem go zrozumieć. Mieszkał z żoną i przybraną córką w socjalnym domku. Nie pracował wiele lat podobnie jak żona. Doznał jakiejś kontuzji przy pracach rolniczych i od brytyjskiego rządu usiłował wydębić odszkodowanie.

Był zapalonym gołębiarzem i dlatego go poznałem, bo mój szwagier też był gołębiarzem.

Ze spotkań z cudzoziemcami można się dużo nauczyć. Bartłomiej przywoził z Porto wino, sam sobie nalewał. Ja robiłem to samo. Uznałem, że taki mają kod kulturowy.

Bartłomiej był niewątpliwie człowiekiem szalonym. Raz zatrzymała go policja za jakąś bójkę z sąsiadem.

Innym razem pojechałem z nim i jego bratankiem na zebranie gołębiarzy na jakiejś wsi angielskiej. To była czysta egzotyka dla mnie i dla miejscowych. Wydawałem się im przybyszem z kosmosu, oni mnie też. Nie byłem członkiem związku gołębiarzy, więc usiadłem i zamówiłem okropnie kwaśne piwo. Z dużym trudem je wypiłem. Nie wypadało urazić gospodarzy.

Bartłomiej wyszedł bardzo zły z tego spotkania. Jego bratanek wyznał mi w drodze powrotnej w dobrym angielskim, że jego stryj zamierzał wszcząć tam bójkę, a wcześniej zabrać mnie samochodem, bym nie został w nią zamieszany.